Nasza podróż do Związku Radzieckiego rozpoczęła się we wrześniu 1988 roku, gdy zza wschodniej granicy zaczęły docierać pierwsze głosy o "Pierestrojce".

Podejmując „ misyjną wyprawę", miałyśmy na celu odwiedzenie kilku parafii na terenie ówczesnej Republiki Ukraińskiej i rozeznanie, gdzie w przyszłości, mogłybyśmy - jako zgromadzenie zakonne - rozpocząć pracę apostolską. Ze względu na ów cel i - by nie narażać osób, które nas zaprosiły - postanowiłyśmy, że pojedziemy jako osoby świeckie. Stroje zakonne zamierzałyśmy starannie ukryć, wśród świeckich ubrań.

Pierwsze trudności pojawiły się już podczas przygotowań do wyjazdu, ale była to dopiero „rozgrzewka". W biurze paszportowym, zadawano nam wiele pytań, w stylu: po co i gdzie jedziecie, dlaczego prosicie o wydanie paszportu, ubrane „po świecku". Nie mogąc ujawnić prawdziwego celu naszego wyjazdu do ZSRR, podawałyśmy różne, prawdopodobne powody. Okazały się one na tyle wiarygodne, że pozostawiono nas w spokoju.

Innym problemem, z którym należało sobie poradzić, był obowiązek zgłoszenia w Urzędzie do Spraw Wyznań, wszystkich przedmiotów o charakterze religijnym, przewożonych za wschodnią granicę. Na każdy taki przedmiot, będący upominkiem, należało mieć pozwolenie. Tymczasem w naszych plecakach znaleźć można było tysiące obrazków, Pismo Święte, modlitewniki, różańce. Ta ilość przekroczyła normę, więc ostatecznie dostałyśmy pismo, w którym była podana przybliżona liczba dewocjonaliów, z zaznaczeniem, że żadna z rzeczy, które przewozimy, nie jest na sprzedaż. Byłyśmy przekonane, że powyższe pismo spełni rolę swoistej karty gwarancji, w razie większej kontroli.

Do pociągu relacji Szczecin-Przemyśl, wsiadłyśmy jeszcze oficjalnie w strojach zakonnych. Podczas podróży musiałyśmy sprawnie się przebrać, by już w Przemyślu występować jako osoby świeckie. Miał to być nasz pierwszy „egzamin", polegający na szybkim i sprytnym działaniu. Zadanie się udało, a charakteryzacja była tak dobra, że na peronie nie zostałyśmy rozpoznane, nawet przez rodzonego brata jednej naszych sióstr.

Po krótkim odpoczynku, posilone Ciałem Eucharystycznym, udałyśmy się w kolejny etap naszej podróży: z Przemyśla do Kijowa. W pociągu tej relacji rozpoczęły się „przygody".

Z odrobiną dreszczyku i gorliwością, właściwą apostołom, zajęłyśmy miejsca. Uprzedzone, że w przedziałach mogą być podsłuchy, byłyśmy bardzo oszczędne w słowach, a mając dużo czasu, oddałyśmy się modlitwie i lekturze duchowej. Bardzo szybko rozpoczęła się odprawa celna; dla celników każdy szczegół był pretekstem do skrupulatnej kontroli. Nie zdążyłam nawet odłożyć, a raczej schować czytanej książki, gdy zainteresowała ona celnika. Tytuł pamiętam do dziś - „Trudne pytania", autorstwa o. Jacka Salija. Później wszystko potoczyło się w błyskawicznym tempie.

Po sprawdzeniu dokumentów i bagaży, kazano nam założyć kurtki, zabrać plecaki i wysiąść z pociągu. Nie pomogły nasze tłumaczenia, pokazywanie dokumentu z Urzędu do Spraw Wyznań. Kilku celników wyprowadziło nas z pociągu, który po kilku minutach odjechał. Wszystko to odbyło się na przejściu granicznym w Mościskach, około godz. 21.00. Zaprowadzono nas do punktu celnego, gdzie zaczął się horror. Do sali weszło dwunastu celników, w tym jedna kobieta. Nasze rzeczy wyrzucono na kilka stołów i rozpoczęła się szczegółowa kontrola.

Każdą rzecz oglądano, wszystkie książki przekartkowano. Najbardziej obawiałyśmy się o nasz strój zakonny, że zostanie rozpoznany, stając się wstępem do jeszcze poważniejszych problemów.

Ku naszemu zdziwieniu, habit nie budził żadnego zainteresowania, natomiast największym zaciekawieniem cieszyły się obrazki, medaliki, a raczej ich duża ilość. Znowu zaczęłyśmy tłumaczyć, że dewocjonalia wieziemy w prezencie, a nie w celach handlowych. Pokazałyśmy również pismo, które w tym momencie stało się dla nas zgubne. Na polecenie jednego z celników, zaczęto liczyć dosłownie każdy obrazek, medalik, różaniec, sprawdzając, czy ich ilość zgadza się z zapisaną w dokumencie. To żmudne liczenie trwało kilka godzin, zaś atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Poddano nas osobistej kontroli, jednak Opatrzność nad nami czuwała.

Kontrolę przeprowadzała kobieta, która kazała nam powoli ściągać buty i odczekać 15 minut. W trakcie badania wszedł jeden z celników, ale został przez nią wyproszony. Ona przez ten czas, niby krzycząc na nas, odliczyła kwadrans. Do końca zachowała „kamienną twarz", choć oczy zdradzały dobre serce. Po pozorowanej kontroli kazała nam opuścić pomieszczenie i przekazała szefowi, że szczegółowe badanie nie przyniosło żadnego rezultatu. W efekcie, i tak uznano nas za przemytników i wrogów ZSRR.

Kazano nam stanąć pod ścianą i wykonano wiele zdjęć, które - jak nam oznajmiono - będziemy mogły znaleźć już następnego dnia, w każdym większym muzeum ateistycznym. Postawiono nam także po „karnej pieczątce" w paszportach i wpisano do rejestru przemytników, dając do zrozumienia, że nasz pobyt w ZSRR nie jest mile widziany. Zasugerowano, że powinnyśmy wracać do domu, tym bardziej, że podróżujemy same. Potem zabrano nam wszystkie rzeczy, które przekroczyły ilościową normę, podaną w dokumencie z Urzędu do Spraw Wyznań (np. jeśli w dokumencie było napisane, że mam 300 różańców, a miałam ich 450, to 150 zostało zarekwirowanych).

Ten fakt nas nie załamał, bo wiozłyśmy dewocjonalia, aby je rozdawać. Prosiłyśmy tylko Boga, aby nie zostały zniszczone i... spotkała nas miła niespodzianka. Okazało się, że wszystkie zarekwirowane rzeczy będą przechowywane w magazynie celnym, ponieważ rząd ZSRR szanuje cudzoziemców i ich dobra materialne...

Po czterogodzinnej odprawie kazano nam zabrać rzeczy i opuścić posterunek. Naszym schronieniem o godzinie pierwszej w nocy mógł być jedynie brudny i zimny dworzec kolejowy, bez „żywej duszy". Do nas należała teraz decyzja, czy wracamy do Polski, czy czekamy na następny pociąg do Kijowa, który ma kurs dopiero za dwa dni. Wybrałyśmy jeszcze inne rozwiązanie: podróż do Lwowa. Byłyśmy w posiadaniu adresu tzw. Sióstr Fabrycznych. Liczyłyśmy, że nas przyjmą na dwa dni.

Pierwszy, tzw. pociąg robotniczy do Lwowa odjeżdżał dopiero o godz. 4.30. Miałyśmy sporo czasu, a odwagi dodawał nam fakt obecności na dworcu pewnej osoby. Otóż obserwowała nas sprzątaczka, która w pewnym momencie podeszła, przedstawiła się jako greko-katoliczka i wyraziła chęć pomocy. Udzieliła nam m.in. kilku wskazówek, jak mamy się zachowywać, a na pożegnanie z radością przyjęła obrazki i różańce.

„Nasz" pociąg robotniczy przyjechał punktualnie. Był nieogrzewany, z drewnianymi ławkami i wiózł smutnych, przygniecionych życiem pasażerów, zapewne ludzi ciężkiej pracy. Większość z nich spała albo paliła papierosy, lecz nasza obecność spotkała się z dużym i bacznym zainteresowaniem.

Pomne na wskazówki, dotyczące bezpiecznego podróżowania po ZSRR, nie byłyśmy skore do rozmowy. Wysiadłyśmy we Lwowie, na dużym dworcu kolejowym, wybudowanym jeszcze przed II wojną światową, bardzo - niestety - zniszczonym. Po kilku przesiadkach autobusowych, dojechałyśmy do sióstr. Ponieważ nas nie znały, zadały kilka kontrolnych pytań, aby sprawdzić, czy mówimy prawdę. Pozwoliły nam się rozgościć i poczekać do następnego dnia, a same poszły do pracy w fabryce. Byłyśmy zbudowane ich odwagą i gościnnością. Jedyną rzeczą, o jakiej mogłyśmy w tamtej chwili marzyć, była kąpiel. Przeżyłyśmy zaskoczenie, kiedy okazało się, że dopływ wody w mieście jest codziennie, od kilku lat, zamykany w godzinach 7.00 - 17.00. Po odpoczynku i modlitwie wyruszyłyśmy do miasta, aby je trochę zwiedzić. Znalazłyśmy tam sporo akcentów polskich. Widząc zabytki, dzieła sztuki w opłakanym stanie, odczuwałyśmy nostalgię i... ból. Pamiętając o „obietnicy" celników, że nasze zdjęcia widniały będą w muzeum ateistycznym, odszukałyśmy ten budynek i z wielkim zainteresowaniem oglądałyśmy wszystkie eksponaty. Pomimo zakazu fotografowania, robiłyśmy po kryjomu zdjęcia, ale naszych „portretów" nie odnalazłyśmy.

Niebawem zadzwoniłyśmy do ks. Nagórnego (który nas zaprosił), z informacją, że już jesteśmy we Lwowie. Następnego dnia po nas przyjechał i wyruszyliśmy do Baru. Miasto Bar na Ukrainie, to dawna rezydencja Królowej Bony. Ugościła nas tam starsza, bardzo życzliwa Polka, która zgodziła się zameldować nas pod swoim adresem, ponosząc oczywiście ryzyko, np. ciągłych szykan ze strony miejscowej milicji. Postawiła jednak pewien warunek. Kazała nam oddać nasze spódnice do skrócenia, bo „inaczej wszyscy będą widzieli, że jesteśmy jakieś inne"... Po szybkiej przeróbce krawieckiej udałyśmy się, wraz z naszą dobrodziejką, do urzędu meldunkowego. Nie stwarzano nam tutaj większych problemów; widocznie do Baru nie doszła jeszcze wiadomość o naszej akcji przemytniczej.

„Kto inny nas melduje u siebie, a kto inny gości" - na tym polegała zasada dobrego kamuflażu. Mieszkałyśmy więc u Sióstr Benedyktynek, które - pomimo reżimu komunistycznego - próbowały apostołować. Oficjalnie pracowały (jak wszystkie kobiety), jednocześnie działając w konspiracji. Wszystkie tzw. głośne modlitwy odmawiały półgłosem, przy zamkniętych drzwiach i oknach, dodatkowo zasłoniętych storami. Tabernakulum było ukryte w kredensie. Z domu sióstr codziennie chodziłyśmy do kościoła parafialnego, pw. św. Anny, gdzie proboszczem był ks. Bronisław Biernacki. To dzięki niemu Polacy mogli czuć się, jak u siebie; tu nigdy nie zapomniano języka ojczystego i rodzimych tradycji.

Nasza praca w parafii polegała na prowadzeniu lekcji religii, dla dzieci i młodzieży. Wiele z nich po raz pierwszy widziało siostrę zakonną, ubraną w habit. Pomagałyśmy także na plebani, podczas pierwszych - od czasów Rewolucji Październikowej - rekolekcji, zorganizowanych dla kapłanów z Ukrainy. W rekolekcjach wzięło udział około dwudziestu księży; konferencje głosił o. prof. Krąpiec z KUL-u. Księża mieszkali w kościele na chórze, w dość trudnych warunkach, ale nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. Najważniejszy był spokój, niezakłócony obecnością szpicli, czy miejscowych władz. Jednak w tamtych czasach „święty spokój" mógł być tylko marzeniem... Prawie codziennie krążyły wokół świątyni jakieś „delegacje" z Urzędu do Spraw Wyznań, osoby „podszywające się" pod historyków sztuki, konserwatorzy zabytków, którzy twierdzili, że koniecznie muszą zwiedzić kościół.

Dzięki Bogu, nie doszło do żadnej kontroli, bowiem parafialny „system ochronny" był bardziej czujny i sprytny, niż mogły to przewidzieć miejscowe władze. Niejednokrotnie mogłyśmy się o tym przekonać.

Na przykład, podczas katechezy dla dzieci, którą prowadziłyśmy w salce na poddaszu kościoła, weszła pani gospodyni z plebani. Powiedziała stanowczo: Przerwa, czas na bibliotekę! Dzieci już wiedziały, o co chodzi. W jednej chwili, bezszelestnie przeszły do salki obok, gdzie znajdowała się biblioteka parafialna i udawały, że pożyczają książki. My natomiast szybko ściągałyśmy habity i sprzątałyśmy zakrystię. Faktycznie, po pewnym czasie weszły do kościoła trzy osoby, rozejrzały się i wyszły bez słowa. Okazało się, że była to „delegacja" z posterunku milicji, która próbowała coś „wywęszyć".

Niezapomnianym obrazem był dla nas mały cmentarz w Łuczyńcu, gdzie same kobiety, w ciężkich gumowcach pchały taczki, robiły zaprawę murarską i budowały kaplicę... Kolejnym wzruszenie przyniosła uroczystość odpustowa w sąsiedniej parafii. Msza Święta była odprawiana w małej chacie, ponieważ brakowało tam kaplicy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało; tłumy ludzi zjeżdżały się z całej okolicy, otaczały małą chatkę, a spowiedziom i rozdawaniu Komunii Świętej nie było końca. Brałyśmy udział w wielu spotkaniach, odbywających się często nocą, bez świadków. Pojechałyśmy do Winnicy, by poznać neoprezbitera, który studiował w konspiracyjnym Seminarium Duchownym we Lwowie. Wówczas akurat się pakował, gdyż wyjeżdżał do Odessy. To miały być jego wakacje, a tak naprawdę jechał, by ewangelizować, ponieważ w Odessie nie było żadnego kapłana. Wyposażenie jego plecaka to: mszał, kielich i wszystko, co jest potrzebne do sprawowania Eucharystii oraz udzielania innych sakramentów. Wszyscy, którzy wówczas przyjeżdżali do młodego księdza, mieli jeden cel: wyposażyć go jak najlepiej na drogę, a później wspierać modlitwą.

Ten miesiąc upłynął nam bardzo szybko, ale to jeszcze nie był koniec „przygód". Czekała nas bowiem podróż do Wilna i powrót do Polski. Aby móc przejechać z jednej republiki do drugiej, należało mieć specjalne pozwolenie od władz powiatowych. Nasz przypadek był szczególny; nie mogłyśmy podejmować żadnych starań o takie pozwolenie, ponieważ miałyśmy w paszporcie pieczątkę, że jesteśmy przemytnikami. Pozostało nam zaryzykować i jechać bez pozwolenia. Mogło się to dla nas skończyć dwojako: albo kierownik pociągu przyjmie „łapówkę" i wpuści nas do wagonu, nie żądając pozwolenia, albo - w razie kontroli - „wpadniemy" i wówczas najgorsze, co może nas spotkać, to tylko deportacja (a do Polski i tak musimy wrócić).

Kierownik wagonu sypialnego (bo tylko takie były w pociągu), potraktował nas życzliwie, „łapówka" okazała się zatem skuteczna. Nie zadawał żadnych pytań, tylko pokazał miejsce do spania, przyniósł pościel i wyszedł. Dopiero, gdy usiadłam, zobaczyłam kilkanaście twarzy mężczyzn i kobiet oraz ich „wbity" w nas wzrok. Nie było to przyjemne, a jeszcze mniej przyjemnie pachniała pościel. Wolałam przykryć się swoim własnym swetrem i podłożyć ręcznik pod głowę. Choć zmęczenie dawało się we znaki, to jednak nie mogłam zasnąć. Przeżycia ostatnich godzin były zbyt silne, a duszność i chrapanie w wagonie coraz większe. W pewnym momencie zauważyłam starszą kobietę, która machała do mnie, dając znaki, że chce porozmawiać. Podeszłam do niej, by zapytać o co chodzi.

Z uśmiechem na twarzy powiedziała: Oj panienki, w Wilnie, to wy szybko zmykajcie z pociągu, bo widać, że nie nasze jesteście. Wyglądacie tak, jak byście chciały rozpętać III wojnę światową...

Nie bardzo rozumiałam, co ma na myśli, mówiąc o tej „wojnie", ale wzięłam sobie jej uwagi do serca. Przy okazji chciałam się trochę dotlenić, więc wyszłam na korytarz. Niestety, wszystkie okna były zaplombowane i zamalowane (by przypadkiem nikt nie podziwiał piękna ZSRR...). Rano, zgodnie z radą starszej pani, szybko wysiadłyśmy z pociągu, ale nikt nas nie kontrolował na dworcu, ani nie śledził.

Samo spotkanie z Ostrobramską Panią było dla nas niezapomnianym duchowym przeżyciem, przede wszystkim zaś pieśnią dziękczynienia za wszystkie otrzymane łaski i ludzi, spotkanych podczas naszej podróży. Za wszystko i wszystkich - Bogu niech będą dzięki!!!

Poznań, dn. 1.9.2007r

s. Maksymiliana Kamińska MChR