Dzielenie życia z Polakami na emigracji może wydawać się szarą, zwyczajną rzeczywistością. Jednak wrażliwe oczy i wdzięczne serce potrafi dostrzec wszędzie wokół siebie ludzi, którzy tej zwyczajności potrafią dodać prawdziwy smak życia. Posłuchajmy świadectwa Siostry Stasi z Budapesztu:

Wielki Post rozpoczęłyśmy z zawirowaniami covidowymi. W konsekwencji s. Weronika znalazła się w szpitalu, a ja w naszym mieszkaniu i ostatecznie na całej plebani sama (gdyż ks. Proboszcz w tym czasie jest w Polsce). Sama, ale nie samotna… Ta sytuacja odsłoniła mi kolejne oblicze tutejszej, czyli węgierskiej Polonii.

Ale zacznę od początku. Do Budapesztu przyjechałam 30 sierpnia 2020 r. w późnych godzinach wieczornych. Następnego dnia dowiedziałam się, że jak każdego roku, 1 września czekają nas ważne polonijne zaangażowania. Oddanie hołdu żołnierzom i zasłużonym podczas II Wojny Światowej oraz składanie wieńców (co okazało się tutejszym zwyczajem). W asyście dostojników polonijnych i honorowych żołnierzy uczestniczyłam w tej uroczystości trochę zagubiona. Zostałam przedstawiona wielu osobom, zaznajamiając się z ich tytułami i zasługami, które w natłoku informacji zbiły mi się w jeden chaos. I tutaj pojawiła się pani Grażynka. Niepozorna kobieta o bardzo dobrotliwej twarzy, będąca od 50 lat w Budapeszcie. Jak Anioł Stróż stanęła przy mnie, dyskretnie tłumacząc mi, co się w danym momencie dokonuje i kto jest kim. Towarzyszyła mi ogromna wdzięczność, że sytuacja choć trochę stała mi się bliższa.

Po półrocznym pobycie już wiem, że pani Grażynka jest „dobrym duchem” polonijnej wspólnoty. Zawsze znajdzie się tam, gdzie jest osoba potrzebująca pomocy. Czy jest to student zmagający się z niedogodnościami mieszkaniowymi; czy jest to dziecko, które właśnie zdarło kolano; albo dorosły potrzebujący dobrego słowa; a także przebywający tylko przez chwilę polski turysta, któremu warto pokazać najpiękniejsze zakątki Budapesztu. Jednak pani Grażynka ujęła mnie do głębi, gdy któregoś dnia, po wieczornej Mszy św. poprosiła mnie o przepisanie na komputerze ręcznie pisanego listu, gdyż adresat mógłby mieć trudność z odczytaniem jego treści. A był to list do Pana, któremu niedawno zmarła żona. „Bo wie siostra, jego trzeba jakoś podtrzymać na duchu, wesprzeć, bo teraz przeżywa naprawdę trudne chwile… Oby się nie załamał” – mówiła. A treść listu, który mnie głęboko poruszył, był przepojony żywą wiarą w świętych obcowanie i ukazywał, że „ukochana osoba, która odeszła, jest tylko o jeden krok wiary przed nami”.

Pobyt poza granicą Polski to nie tylko uroczystości honorowe, ale także szara codzienność obcokrajowca. Urzędy: meldunkowe, podatkowe, ubezpieczeniowe, do spraw obcokrajowców, do spraw zakonnych, notariusz, bank … i to wszystko w języku węgierskim. I tutaj kolejne piękne osobowości: pani Ewa czy pan Karol, którzy umówili wizyty, zawieźli na miejsce, a przede wszystkim stali ze mną w urzędowych kolejkach, gdzie na miejscu okazywało się, że nie ma jakiegoś zaświadczenia, o którym nikt nas wcześniej nie poinformował.

Pani Kasia, która z cierpliwością tłumaczyła każdy potrzebny mi dokument, umawiała nas w banku czy pomagała w rozmowach z naszą panią księgową. A także pani Monika, dobrotliwa dusza z uśmiechem i życzliwym: „siostro, oczywiście że pomożemy”.

Pan Jarek. Któż go tutaj nie zna? Złota rączka… Zawsze uśmiechnięty, ze swoistym poczuciem humoru i doświadczeniem… nie potrafię inaczej tego opisać jak: Panie Jarku, chylę czoło przed mądrością i dobrocią, która wynika z lekcji życia.

Pani Joanna, którą miałam okazję spotkać tylko kilka razy, ale która ujęła mnie swoją osobowością od pierwszego spotkania.

Gabor, którego właściwie poznałam przez telefon, kiedy pospieszył mi z pomocą, gdy potrzebowałam konsultacji lekarskiej. I jego żona Edyta, dobra i zatroskana w każdej sytuacji. Borna i Agnieszka uśmiechnięci i pomocni, jeśli tylko nadarzy się potrzeba. Pani Maria i pan Alfred, pani Asia, pani Karolina, pani Romana, pani Tereska, pani Alinka, pani Małgosia…

I tyle pięknych osób spotykanych tylko chwilowo, które z zatroskaniem pytają „Jak siostrze tutaj jest? Podoba się siostrze Budapeszt?” I tak sobie myślę: Budapeszt mi się podoba, ale ujęta jestem każdą spotkaną osobą, która tworzy wspólnotę Polonii węgierskiej.

A sytuacja kwarantanny, w której obecnie się znalazłam, jest dla mnie prawdziwą lawiną dobra i zatroskania: „Siostro, jeśli czegoś potrzeba… gdyby jakieś zakupy… gdyby cokolwiek się działo… gdyby siostra po prostu chciała z kimś zagadnąć. Proszę śmiało dzwonić”.

Na szczęście, póki co, wszystko jest dobrze i w tym momencie niewiele mi potrzeba. Uświadomiłam sobie z uśmiechem na ustach, że tak jest dla mnie lepiej, bo miałabym tylko jedno zmartwienie… który numer telefonu wybrać. 

Z wdzięcznością w sercu,

s. Stanisława Kwiręg MChR

Zdjęcia