Pani Maria Krasnodębska, z domu Teramina, pochodzi z terenów Polski, które obecnie należą do Białorusi. W 1940 roku wraz z najbliższymi została wywieziona na Syberię.

Po długim czasie wojennej tułaczki poprzez Kazachstan, Teheran i Indie dotarła do Wielkiej Brytanii, podjęła pierwszą pracę i ukończyła rozpoczętą w Polsce edukację. W 1954 roku przeprowadziła się do Kanady, gdzie podjęła pracę w zawodzie pielęgniarki i założyła rodzinę. Obecnie wraz z mężem mieszka w Toronto.

Nazywam się Maria Krasnodębska, panieńskie nazwisko Teramina. Mój ojciec był osadnikiem wojskowym, wcześniej walczył o Polskę w Legionach pod zwierzchnictwem Piłsudskiego. Niedaleko Wołkowyska w Święcicy Wielkiej dostał osadę po skończeniu wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyszłam na świat 17 marca 1930 r.

Miałam dwóch starszych braci i rocznego przyrodniego brata. Moja matka zmarła w 1935 roku, kiedy miałam pięć lat. Ojciec ożenił się powtórnie i z drugiego małżeństwa urodził się brat.

Jeśli chodzi o mamę, najbardziej pamiętam moment, gdy ojciec zbudził nas późnym wieczorem, żeby pożegnać się z nią. Mama była chora, wiedzieliśmy o tym, ale nie rozumiałam, dlaczego mam się z mamą pożegnać. Kiedy nad ranem się zbudziłam, było jeszcze trochę ciemno na dworze. Zobaczyłam dwie panie, które myły nieżyjącą już mamę. Nie wiem dokładnie, ile miała lat w chwili śmierci, ale mniej niż trzydzieści. Ciało mamy było przez dwa dni w domu, a potem zostało zabrane do kościoła, gdzie odbyła się msza pogrzebowa. Kościół znajdował się koło Wołkowyska w okolicach nazywanych Gniezno. Był wzniesiony w XVI wieku, w pobliżu niego znajdował się cmentarz. Po śmierci mamy, aż do pochówku nie odchodziłam od trumny, siedziałam w pobliżu i płakałam. W stosunkowo krótkim czasie ojciec ożenił się powtórnie. Było nas troje małych dzieci, brat miał siedem lat, ja pięć, a najstarszy brat miał dziesięć lat.

Chodziłam do szkoły. Życie, jak dla mnie, było fantastyczne. Wokół osady rozciągały się pola, po południowej stronie znajdowało się wielkie zabudowanie, mieliśmy duży dom, wielką stodołę i oborę. Następnie teren się obniżał i nasza posiadłość kończyła się nad rzeką. Szkoła znajdowała się w odległości około 2 kilometrów, zaczęłam uczęszczać do niej, gdy miałam sześć lat, choć wówczas dzieci rozpoczynały naukę w siódmym roku życia. Ponieważ moi bracia chodzili do szkoły, podobno tak się awanturowałam, by mnie też posłano, że w drodze wyjątku pozwolono mi na naukę w wieku sześciu lat. Bardzo lubiłam chodzić do szkoły. Zimą woził nas ojciec zaprzęgiem z saniami, a wiosną i jesienią chodziliśmy do szkoły przez łąkę i most przez białoruską wioskę. Edukacja odbywała się tylko w języku polskim. Nie było wówczas elektryczności, mieliśmy lampy naftowe. Ceniłam to, że mogę chodzić do szkoły i się uczyć. Do kościoła jeździliśmy również zaprzęgiem konnym, co niedzielę do Gniezna, które znajdowało się w odległości około 10 kilometrów od Wołkowyska. W 1939 roku przystąpiłam do pierwszej komunii świętej. Był to smutny dzień dla mnie, ze względu na to, że moja druga matka była wówczas chora i nie mogła zorganizować uroczystości w domu, nie miałam też pięknej białej sukienki i weloniku jak inne dziewczęta. Moja sukienka była raczej bardzo skromna. Przygotowanie do pierwszej komunii mieliśmy w szkole.

Proszę podzielić się Pani wspomnieniami z początku wojny?

Słyszeliśmy bombardowanie w dalekiej od nas odległości i odczuwaliśmy strach, a następnego dnia dowiedzieliśmy się, że Rosjanie weszli do Wołkowyska. Ojciec był bardzo przejęty. Pamiętam, jak w radiu przemawiał generał Rydz-Śmigły i mówił, że „nie oddamy żadnego guzika”.

Mój ojciec był w rezerwie, ale nie zdążył pójść do wojska. Miał wyznaczony termin wyjazdu do wojska do Wołkowyska, gdy Rosjanie tam weszli. Żołnierze polscy nie walczyli, tylko od razu się poddali. Było ich za mało i nie mieli szans. W którymś z kolejnych dni Rosjanie przyszli i aresztowali mojego ojca. Taty nie było przez trzy miesiące, nie wiem gdzie przebywał w tym czasie. Kiedy wrócił, był bardzo chudy i miał brodę do pasa. Podczas nieobecności ojca zajmowała się nami nasza druga mama oraz dziadek, ojciec mojej matki. Mój ojciec nie był oficerem, był starszym sierżantem i dlatego został uwolniony. Bardzo ucieszyliśmy się, że tato wrócił, ale nam nikt nie tłumaczył, gdzie był i dlaczego go zabrano. Tato mówił, że ma szczęście, że jest tylko starszym sierżantem, a nie oficerem, bo tam gdzie był, byli sami oficerowie i warunki były okropne. Tato ledwie się zregenerował, gdy 10 lutego 1940 roku o godzinie 5.00 rano raptownie pokazało się czterech wojskowych Rosjan i kazali nam się zbierać. Ojca postawili przy naszym dużym, kaflowym piecu i przyłożyli mu do głowy rewolwer, powiedzieli, że jeśli się ruszy, to go zastrzelą. My nic nie wiedzieliśmy, nikt nas wcześniej nie uprzedził, że będzie wywózka. Nie pozwolono nam nic zabrać. Mogliśmy się tylko ubrać. Nie mogliśmy też zabrać żadnego jedzenia. Kazali nam przygotować zaprzęg z naszych własnych koni i furmanki. Wsadzono nas na furmankę i wraz z nami jechało dwóch Rosjan z karabinami. Zawieźli nas, czyli tatę, macochę oraz dwóch moich rodzonych braci, mnie i rocznego wówczas przyrodniego brata, do pociągu do Wołkowyska. Pamiętam, że kiedy szliśmy z furmanki w kierunku pociągu, to nasze dwa konie stanęły na tylnych nogach i strasznie rżały. Konie zostały zabrane przez Rosjan.

Zostaliśmy wsadzeni do pociągu dla zwierząt. Wiem, że przy kolejnych wywózkach niektórzy ludzie byli wcześniej uprzedzani i mogli zabrać jedzenie i inne rzeczy na drogę. Nam nie pozwolono nic zabrać…

W Baranowiczach musieliśmy przesiadać się do innego pociągu, znów pojawiło się wojsko rosyjskie z karabinami. Rosyjskie pociągi były jeszcze gorsze niż polskie.

Nasz dom prawdopodobnie został całkowicie rozebrany przez lokalną ludność. Zbudowany był z cegieł i był w bardzo dobrym stanie. Wraz z nami wyjechało z osady w Święcicy Wielkiej sześć rodzin. Obok nas była wieś Święcica Mała i stamtąd nikogo nie wywieziono, zabrano tylko nas – osadników.

 

1

Maria Krasnodębska w rodzinnym miejscu, dawnej osadzie

 

2

Maria Krasnodębska z mieszkanką rodzinnej wsi, która pomogła jej odnaleźć osadę, 1996 r.

 

Jak wyglądała droga na Sybir oraz pobyt w Rosji? Co Pani szczególnie pamięta z tego czasu?

Była okropna, nie mieliśmy nic do jedzenia. Dawano nam tylko wodnistą zupę, byliśmy głodni. Podróż zajęła kilka dobrych tygodni. Wywieziono nas w lasy w okolice Archangielska. Tam były baraki, każdy dostał pokój w baraku, spaliśmy na gołych pryczach, nie mieliśmy koców. Pamiętam jak w nocy płakałam, bo gryzły mnie pluskwy. Matka miała łańcuszek z krzyżykiem, za który otrzymała małą torebkę kartofli, później sprzedała obrączkę i kolczyki w zamian za jedzenie. O naszym wyjeździe do Rosji dowiedział się dziadek, kiedy przyjechał do osady. Ojciec napisał do niego z Syberii. Do póki w 1941 roku nie rozpoczęła się wojna Rosji z Niemcami, dziadek przysyłał nam paczki. Ich zawartość co prawda nie była duża, ale dzięki tym przesyłkom nie umarliśmy. Pamiętam, że w tych paczkach była mąka, słonina i ruble. Dziadek był bardzo zamożny przed wojną. Podobno Rosjanie przyszli i też zabrali mu mnóstwo własności, ale jakoś sobie radził.

Zostałam zapisana do szkoły rosyjskiej. Nie znałam rosyjskiego języka, więc zaczęłam naukę od pierwszej klasy. Mój ojciec i bracia karczowali las, mieszkali w innym baraku niż ja wraz z matką i przyrodnim bratem Wacławem, który bardzo szybko umarł z głodu. Nie było księdza, rodzice i bracia pochowali najmłodszego brata w syberyjskim lesie, w którym znajdowało się dużo grobów polskich, gdyż wiele ludzi umierało z głodu i wycieńczenia.

Nie było mleka… nie było jedzenia, dawano nam na dzień tylko 400 gramów twardego chleba. Wówczas dziadek nie wiedział jeszcze, gdzie jesteśmy i nie mógł nam pomagać. Nie mieliśmy nic… W pobliżu była rosyjska wieś. Tamtejsi ludzie mieli kapustę. Gdy ją zebrali z pola, my chodziliśmy i zbieraliśmy na wpół zgniłe liście. To było głównie moim zadaniem. Chodziłam na pole i zbierałam liście z kapusty, które były naszym głównym pożywieniem. Po śmierci przyrodniego brata mieszkałam tylko z macochą. Jak wspominałam, bracia z ojcem byli w innym baraku, w tygodniu karczowali las, a na niedzielę Rosjanie przywozili ich do nas. Na co dzień chodziłam do lasu i zbierałam gałęzie, by rozpalić w piecu i ogrzać zamieszkiwany przez nas barak. Pewnego dnia spotkało mnie bardzo przykre wydarzenie. Kiedy zbierałam drewno na opał, zauważyłam dom z werandą, na której było mnóstwo główek kapusty. Mogłabym wejść na werandę i skraść kapustę, ale ja w życiu nigdy nic nie ukradłam. Po raz pierwszy poszłam żebrać, zapukałam i miałam nadzieję, że ludzie zamieszkujący dom, dadzą mi główkę kapusty. Oprócz zgniłych liści z kapusty nie mieliśmy co jeść…

Był to czas, kiedy już skończyły się paczki do dziadka i naprawdę było bardzo źle, otrzymywaliśmy tylko 400 gram chleba, nie było co sprzedać, mama sprzedała już, wszystko co miała. Kiedy zapukałam do drzwi, ktoś z domowników popatrzył przez okno, a następnie wypuszczono z domu olbrzymiego psa. Byłam chudym i wygłodzonym dzieckiem, ledwie uciekłam… Gdyby ten pies mnie dopadł, mógłby mnie śmiertelnie pogryźć. Tak pamiętam Rosjan.

Kiedy zaczęło się tworzyć wojsko polskie, wolno nam było opuścić teren Syberii, na której spędziliśmy dwa lata. Pojechaliśmy do azjatyckiej części Rosji, do Kazachstanu. Po amnestii jechałam z rodzicami i dwoma starszymi braćmi. Pamiętam, że w wagonie byli sami Polacy, niestety w dalszym ciągu nie mieliśmy nic do jedzenia. Mój ojciec zachorował na czerwonkę i był w bardzo złym stanie zdrowia. W Omsku pociąg się zatrzymał, ludzie dowiedzieli się, że następny pociąg, który jedzie w naszym kierunku, wiezie suchary. Pociąg ten również zatrzymał się w Omsku. Z Naszego pociągu wyszło 5 osób, by skraść trochę sucharów. Ze względu na bardzo krytyczny stan zdrowia ojca, mój starszy brat Józef, poszedł z nimi. Wśród tych osób była też młoda dziewczyna z ojcem. Złamali plombę w pociągu i przynieśli trochę sucharów. Chcieliśmy ratować chorego ojca… Nasz pociąg miał odjechać i myśleliśmy, że skradzione suchary będą dla nas dużym ratunkiem. Nie wiem, co się stało, ale nasz pociąg nie odjechał. Rosjanie zauważyli, że plomba od drugiego pociągu jest zerwana. Przetrzymali nasz pociąg, przyszli do naszego wagonu i pytali, kto uczestniczył w kradzieży sucharów. Patrzyli na ojca z córką i na inne osoby, których już nie pamiętam oraz na mojego brata… Kiedy mój ojciec usłyszał pytanie: „Kto kradł suchary?” widząc, że Rosjanie zabierają z wagonu osoby uczestniczące w kradzieży, wstał z pryczy i powiedział: „To ja byłem!” Doszedł do drzwi i zemdlał. Rosjanin poszedł w kierunku ojca i kopnął go, powiedział: „Co ty się wygłupiasz!” Następnie popatrzył w kierunku mojego brata i zabrał go z pociągu. Podobno brata wsadzono w Omsku do więzienia i prawdopodobnie w rosyjskim więzieniu zmarł. Od tego czasu nigdy nie udało nam się nawiązać z nim kontaktu, mimo poszukiwań przez Czerwony Krzyż i radio. Kiedy zabrali go Rosjanie, miał 16 lat… Myślę, że to wydarzenie wykończyło mojego ojca. Odjechaliśmy z Omska i tato wkrótce zmarł w moich ramionach w Dżambule 5 kwietnia 1942 roku. Mama z bratem próbowali go podnieść, a ja próbowałam go trzymać i wówczas zmarł. Rosjanie przyszli na stację w Dżambule i zabrali ojca. Z tego, co dowiedzieliśmy się, przy stacji wykopany był rów, do którego składano zmarłe osoby, a kiedy rów był pełen, zasypywano go. Z pociągu poszło tam kilka starszych osób, matka też próbowała dotrzeć w to miejsce, ale wróciła, obawiając się, że jeśli pociąg odjedzie, to ja i brat zostaniemy sami. My pojechaliśmy do Ługowoje, jest to miejscowość w Kazachstanie. Kazano nam opuścić pociąg i pod gołym niebem spędziliśmy dwa dni czekając, aż przyjadą Kazachowie z kołchozu zaprzęgniętymi wołami z prymitywnie zrobionym wozem. Kazachowie zabrali nas i tak dotarliśmy do kołchozu.

Czy życie w kazachstańskiej rzeczywistości było dla Was łatwiejsze niż na Syberii?

Tak. Tam po raz pierwszy od wyjazdu z Polski otrzymaliśmy mąkę, pamiętam jak robiliśmy zacierkę (mąka rozpuszczona w wodzie i ugotowana), po długim okresie głodu był to dla nas luksus. Mojego brata i matkę wzięto do pracy w polu. Kazachowie byli dla nas bardzo dobrzy, mówili: „Nie odchodźcie nigdzie. My nie lubimy Rosjan!” Gdy było upalnie, Kazachowie pozwalali ludziom w ciągu dnia zrobić dwu lub trzygodzinną przerwę w pracy i skryć się w cieniu Powtarzali: „Nie pracuj za bardzo, my nie chcemy mieć za dużo, bo przyjadą Rosjanie i zabiorą.” Kiedy mieli przyjechać Rosjanie, Kazachowie spali z bronią, bali się, że Rosjanie ich zabiją…

My spaliśmy w lepiankach, mieliśmy maty na ziemi i koce do przykrycia. Wówczas byłam już starsza, zauważyłam, że główna szefowa kołchozu, która miała piękne długie włosy, ma wszy. Pomogłam jej pozbyć się insektów. Za tę pomoc otrzymałam placki i kozie mleko. Dowiedzieliśmy się, że w Ługowoje, w pobliskim mieście jest polska placówka, gdzie stacjonują żołnierze. Powiedziano nam, że tam biorą młodych chłopców do junaków. Matka pojechała z bratem zapytać, jakie są szanse, by dostał się do szkoły. Początkowo nie chciano go przyjąć, był za młody. Matka poszła do księdza, płakała i prosiła o pomoc tłumacząc, że jesteśmy sierotami. Kapłan przekonał osoby odpowiedzialne za zapisy do szkół junackich, by przyjąć brata. Dopisano mu rok w dokumentach i uzyskał pozwolenie na wyjazd do szkoły junackiej. Brat dowiedział się, że przygotowuje się podróż pociągiem dla rodzin żołnierzy i ich dzieci. Koniecznie chciał nas zapisać, ale nie był żołnierzem… Wspominał, że jeden z oficerów zauważył u niego dobrze wyczyszczone buty i zapytał go, jak to się robi. Brat zaczął czyścić mu buty i prosił, by zapisać matkę i mnie na transport. Znów pomógł ksiądz i zapisano nas na wyjazd. Zostaliśmy w kołchozie i czekaliśmy na transport, było nam dobrze, bo w końcu nie byliśmy głodni. Moja matka powiedziała bardzo mądrze: „My nie wiemy, kiedy będzie transport.” Dowiedzieliśmy się, że jest już grupa ludzi, którzy siedząc na trawie oczekują na pociąg. W okolicy były „banie” – olbrzymie pomieszczenia, gdzie można było wziąć kąpiel. Mama zdecydowała zostawić kołchoz i pojechaliśmy do Ługowoje, miejscowości, gdzie było wojsko polskie. Kiedy tam dotarliśmy, pożegnałyśmy brata, który wyjechał do szkoły junackiej.

Pociągi rosyjskie wewnątrz miały jakby prycze, tam umiejscowiono chłopców, a wcześniej ich plecaki tak, że Rosjanie dokładnie nie wiedzieli ilu chłopców jest wywożonych, widzieli żołnierzy. Jeśli pod ławką – pryczą siedział mały, skulony chłopak, to nie było go widać. W ten sposób przemycono wielu chłopców do Krasnowodzka.

Po pożegnaniu z bratem, wróciłam wraz z matką do kołchozu, gdzie jeszcze jakiś czas przebywałyśmy. Mama była niespokojna, ciągle zastanawiała się, kiedy będziemy wyjeżdżać. Pojechałyśmy znów do Ługowoje. Polskie wojsko zapewniało nam wyżywienie, a my pod gołym niebem wraz z grupą Polaków oczekiwałyśmy na transport. Kiedy był deszcz, chroniłyśmy się pod dachem i tak mieszkałyśmy około trzech miesięcy. I tak doczekałyśmy dnia, kiedy przyjechał pociąg, którym miałyśmy podróżować dalej. Organizacja podróży była bardzo szybka, najpierw do pociągu weszły rodziny wojskowych: matki z dziećmi. Moja mama zaczęła płakać, obawiała się, że nie będzie miejsca dla nas. W ostatniej chwili usłyszeliśmy nasze nazwiska, zostaliśmy wzięci do Krasnowodzka. Zabrano nas na okręt i popłynęliśmy do Pahlevi.

 

3

Maria z mamą w Indiach

 

To nowy etap tułaczej, wojennej wędrówki. W jaki sposób była zorganizowana pomoc?

Organizacją tego transportu zajmowała się UNRA. Polski Czerwony Krzyż oraz brytyjski i amerykański. W Pahlevi wykąpaliśmy się i spalono nasze ubrania. Odbyła się pełna dezynfekcja. Mieszkaliśmy pod namiotami. Mama w Pahlevi zachorowała na malarię. Trudno mi było znaleźć pomoc dla niej. Leżała na wpół przytomna w namiocie. Spędziliśmy tam około trzech miesięcy i autobusami przewieziono nas w okolice Teheranu, gdzie znajdował się duży obóz polski, a w nim polska szkoła. W tym ośrodku byliśmy około roku. Był to obóz dobrze zorganizowany. Ze względu na malarię, mama po przybyciu do Teheranu trafiła do szpitala. Brat również przedostał się do Pahlevi i stamtąd trafił do Palestyny. Jego obóz wyruszył w podróż wcześniej niż nasz. Obóz teherański w 1943 roku był likwidowany. Około 5 tysięcy osób wysłano do Indii, a pozostałą część ludzi do Afryki, ja trafiłam do Indii. Płynęliśmy statkiem. Zatrzymaliśmy się w Karaczi. Około trzech miesięcy spędziliśmy w Ahwazie, później koło Karaczi – Malir, a następnie w obozie w pobliżu Kolhapur, gdzie spędziliśmy około 5 lat w Valivade. W tym czasie uczęszczałam do szkoły. Zaczęłam czwartą klasę, ale nie skończyłam, gdyż obóz był likwidowany. W szkole uczyłam się bardzo dobrze. Nasz obóz zbudowany był z baraków, była też kaplica oraz szkoła. Mama też mieszkała w baraku.

W Indiach przeżyliśmy wielkie upały. Nasze baraki były pokryte cegłą, nie było podłogi tylko ziemia oraz małe, nędzne łóżka. Jeśli chodzi o wyżywienie, to mieliśmy skromną stołówkę, ale nie głodowaliśmy, dostawaliśmy też minimalne kieszonkowe, bardzo małą kwotę. W obozie zorganizowano sklep i można było wszystko kupić. Najlepiej powodziło się żonom i dzieciom z rodzin wojskowych, gdyż osoby te dostawały pieniądze od żołnierzy. Mój brat był w junakach i sam nie miał nic, nie mógł nam pomóc. W Indiach zaprzyjaźniłam się z panią, która szyła sukienki. Ona nauczyła mnie szyć i robić wykończenia, współpracowałyśmy. Dzięki temu miałam kilka ładnych rzeczy. Kiedy podjęto decyzję o likwidowaniu obozu, poprzez Czerwony Krzyż, skontaktowałam się z bratem. W Palestynie brat skończył mechaniczne gimnazjum, a następnie wstąpił do wojska, gdyż uzyskał wymagany wiek. Po zakończeniu wojny wraz z wojskiem przyjechał do Wielkiej Brytanii. W naszym obozie indyjskim, gdy ktoś miał kogoś bliskiego w Anglii, mógł tam jechać, a kto nie, jechał do Afryki. Ponieważ mój brat dotarł do Wielkiej Brytanii, ja z mamą ostatnim transportem z Indii też udałyśmy się tam i dotarłyśmy w marcu 1948 roku.

Brat nie mógł dostać się w Anglii na uniwersytet. Stypendia były, ale mało i przeważnie przyjmowano po znajomości. Wojsko najpierw wysłało go do pracy w lesie, a potem do stalowni w południowej Walii. My mieszkaliśmy w północnej Walii w obozie.

 

4

Maria Teramina, Anglia 1948 r.

 

A czym Pani zajmowała się w Anglii? Jaki udało się odnaleźć w nowej, innej rzeczywistości?

Ludzie na ogół przebywali w obozach i otrzymywali 10 szylingów tygodniowo na utrzymanie i bardzo obawiali się pójścia do pracy. Był plan, by w każdym obozie nauczać języka angielskiego. Ja trochę nauczyłam się angielskiego w Indiach, ale mało, gdyż nauczali Polacy, którzy sami dobrze nie mówili po angielsku. W każdym obozie był polski kierownik i laborer – Anglik, my nazywaliśmy go „lejbuś”. Kiedy tylko zorganizowano lekcje języka angielskiego, zapisałam się na nie. Byłam przerażona. Młody człowiek, który nas uczył, nie znał dobrze angielskiego. Poszłam do leborer’a i powiedziałam, że chciałabym podjąć pracę, by nauczyć się języka angielskiego. Ponieważ nie skończyłam czwartej klasy gimnazjum, nie miałam nic, jeśli chodzi o edukację. W Wielkiej Brytanii istniały szkoły polskie, a ponieważ dotarłam tam ostatnim transportem, do żadnej z nich nie mogłam się dostać. Prosiłam laborer’a, by w obozie zorganizowano coś dla takich osób jak ja, bo nie mamy możliwości dalszej edukacji. Obiecano nam, że coś zostanie zorganizowane i trzeba było czekać. Przedstawiciel pracy bardzo się zdziwił i zapytał czy, nie bałabym się jechać do pracy do pobliskiego miasteczka z obozu. Powiedziałam, że nie boję się i pojadę. On zapytał: „A co Ty umiesz robić?” Nie umiałam nic, nie miałam żadnego zawodu... Zastanawiał się, jaką pracę mi znaleźć. Pewna kobieta z córką prowadziły mały hotelik „bed and breakfast”. Zaproponowano mi prace u nich. Dojeżdżałam do tego miejsca i pracowałam prawie trzy miesiące. Obie panie, i matka i córka były tak miłe, że uczyły mnie języka angielskiego. Codziennie wracałam na nocleg do obozu. Wraz z mamą mieszkałam w tzw. „beczkach śmiechu”. Były to baraki o kształcie przypominającym beczkę, stąd nazwa. Kiedy przyjechał nas odwiedzić brat, wyglądał na bardzo zmęczonego. Praca w stalowni mocno odbijała się na jego zdrowiu. Wraz z mamą przekazałyśmy mu wiadomość, że obóz będzie likwidowany w najbliższym czasie. Dano nam dwa miejsca do wyboru na zamieszkanie w przyszłości. Ja wybrałam Yorkshire, które było stosunkowo daleko od naszego dotychczasowego obozu. Zostaliśmy tam przewiezieni.
W międzyczasie dowiedziałam się, że niedaleko w Leeds jest fabryka tkanin, i szwalnia oraz, że wielu spośród Polaków tam pracuje. Namówiłam brata, by złożył rezygnację z pracy i przyjechał do nas, powiedziała mu, że poznałam osoby, które tu mieszkają i że jest szansa na pracę dla niego. Przyjechał do nas na Boże Narodzenie, wcześniej złożył rezygnację z pracy w stalowni. Znajomi jechali na weekend do Leeds, mój brat pojechał z nimi i otrzymał pracę. Ponieważ skończył gimnazjum mechaniczne w Palestynie, już następnego dnia po przyjęciu do pracy, reperował maszyny do szycia.

Ja byłam w obozie, ale znów nie chciałam spędzać czasu bezczynnie, poszłam do przełożonego obozu i powiedziałam, że staram się o szkołę, a ponieważ nie ma szkoły odpowiedniej dla mnie, staram się o pracę. Dowiedziałam się, że jest praca przy sklejaniu toreb papierowych, podjęłam ją. Z rana przyjeżdżał autobus, zabierał mnie i inne kobiety do miejsca pracy i przywoził nas wieczorem. Nie wiedziałam, że mam alergię na klej, którego używałyśmy. Naszym zadaniem było sklejanie toreb, a ja z powodu alergii na klej usypiałam przy stole, przy którym pracowałam. Kierowniczka zmieniła mi obowiązek, na robienie toreb z rączkami, wykonywałam tę czynność na stojąco. Nie szło mi zbyt dobrze, ale pracowałam tam do czasu otrzymania wiadomości, że organizowana jest Secondary School koło Cambridge w Diddington. Była to szkoła polska, której ukończenie gwarantowało świadectwo wydawane w dwóch częściach: po polsku oraz po angielsku. Ukończenie tej szkoły dawało mi Secondary School Certificate. Nauka trwała 6 miesięcy, ale można powiedzieć, że to były dni i noce uczenia się, bardzo intensywny czas edukacji. W pobliżu szkoły stworzony został obóz dla uczniów, gdzie mieszkaliśmy. Mama w tym czasie pozostawała w obozie. Po otrzymaniu certyfikatu poszłam do kierownika obozu i zapytałam, jakie uprawnienia daje mi ukończona szkoła. Dowiedziałam się, że mogę podjąć dalszą naukę i zostać sekretarką, nauczycielką lub pielęgniarką. O uniwersytecie nie było mowy, ale propozycje, które mi przedstawiono, to już „coś”. Pomyślałam, że ponieważ już pracowałam, zostałam wykreślona z obozu, by w nim zostać, trzeba było płacić, a ja nie miałam żadnych dochodów. Sekretarką nie mogłam być, bo kto zapłaciłby mi za mieszkanie i utrzymanie? Do obozu nie mogłam już wrócić na dawnych zasadach. By zostać nauczycielem, trzeba było podjąć dwuletnią dalszą naukę i znów powstał ten sam problem, kto zapłaci mi mieszkanie i utrzymanie. Zdecydowałam się pójść na pielęgniarstwo. Wówczas w Anglii edukacja pielęgniarska trwała 3 lata, ale przez pierwsze trzy miesiące trzeba było podjąć naukę. Jeśli ktoś po tym czasie zdał egzamin, mógł już zacząć pracę w zawodzie i dalej się edukować. Po roku znów były egzaminy. Zdecydowałam się pojechać do Londynu. Poprosiłam kierownika, by dał mi kilka adresów, pod które mogłabym napisać. Napisały do mnie trzy szpitale. Dostałam adres do londyńskiego szpitala St. Thomas, do szpitala Westminster i do szpitala Lambeth. Napisałam do wszystkich trzech szpitali. Ze szpitala St. Thomas otrzymałam odpowiedź, że przyjmą mnie bardzo chętnie, ale trzeba czekać na pracę około 2 lat. Westminster poinformował, że mam czekać 6 miesięcy, a Lambeth, że czekać 6 tygodni. Wybrałam Lambeth. Miałam wówczas 18 lat. Mój angielski nie był wystarczająco dobry i w związku z tym zapytałam, czy mogę podjąć pracę wcześniej w zamian za mieszkanie i jedzenie, by więcej nauczyć się lepiej języka angielskiego. Dostałam pozytywną odpowiedź. Kiedy skończyłam szkołę, tylko przez tydzień nie miałam gdzie mieszkać, po tym tygodniu mogłam już mieszkać i pracować w szpitalu. Pojechałam do mamy, ale nielegalnie, bo jak wspominałam, poprzez podjęcie pracy utraciłam prawo darmowego przebywania w obozie. Przez tydzień przebywałam u mamy i razem z nią mieszkałam. W obozie spotkałam się z pomocą ze strony Anglika, który sprawował funkcję kierowniczą obozu. Wyposażył mnie w bloczki na żywość oraz w mały budżet na podróż do Londynu. Pociągiem dotarłam do Londynu, a następnie w okolice Lambeth i od tego czasu powodziło mi się fantastycznie. Otrzymałam pokój dla siebie, wyżywienie trzy razy na dzień. Obecnie nie ma już szpitala Lambeth, w którym w 1949 roku rozpoczęłam pracę, na jego miejscu jest teraz wybudowany amerykański hotel. Skończyłam trzymiesięczny kurs pielęgniarski, w którym wraz ze mną uczestniczyło 21 osób. Wiele uczyłam się na pamięć i jeśli chodzi o wyniki, byłam w czołówce, a dokładnie druga spośród 21 osób. Jedna z głównych pielęgniarek nauczycielek, dała mi polecenie, by opisać wskazaną przez nią kość. W kursie brało udział wiele Irlandek i jedna z nich zaczęła się śmiać. Speszyło mnie to, usiadłam. Irlandka zaczęła na cały głos mówić, że ja książkę recytuję. Otrzymałam najwyższy wynik i nauczycielka zapytała Irlandkę o to samo, wpisała jej „failed” (niezdane, nie powiodło się). Cała grupa biła mi brawo i nie miałam już więcej przykrości. Na kursie zaprzyjaźniłam się z Węgierką, z którą utrzymywałam kontakty do końca jej życia. Po trzech latach znałam wszystkie oddziały szpitalne, na każdym byłam po trzy miesiące. Na koniec dawano ocenę i moja koleżanka z Węgier otrzymała najwyższe pierwsze miejsce spośród wszystkich, a ja zajęłam miejsce drugie. Pracowałam ciężko i starałam się być dobra dla moich pacjentów. Ciekawiło mnie, jak wygląda praca przy porodzie dziecka i podjęłam sześciomiesięczny kurs położnej w szpitalu, przyprowadziłam na świat 25 dzieci pod opieką akuszerki. Cały kurs trwał rok i na drugą jego część nie chciałam się zapisywać, ponieważ bardzo lubiłam pracować w emergency, czyli na izbie przyjęć. Ta praca bardzo mi odpowiadała. Na dodatek wówczas, w drugiej części kursu położnictwa, trzeba było jeździć rowerem do domów, gdzie kobiety rodziły i odbierać porody. Osobiście obawiałam się podjęcia takiego zadania w prywatnym domu. Zatrudniłam się w emergency i pracowałam tam sześć miesięcy. Miałam przy sobie trzy studentki i byłam za nie odpowiedzialna, co bardzo mi odpowiadało. Kiedy podjęłam pracę w szpitalu, dowiedziałam się, że w Londynie jest polski warsztat stolarski. Pomyślałam, by sprowadzić tu brata. Pojechałam do zakładu i powiedziano mi, że chętnie go przyjmą. Brat przyjechał do Londynu, został zatrudniony i pracował tam aż do czasu, kiedy przyjechał do Kanady w 1960 roku. W Anglii ożenił się. Gdy odwoził mnie w 1954 roku do Southampton na statek płynący do Kanady, w drodze powrotnej poznał swoją żonę.

 

5

Z koleżanką

 

Mama też przyjechała do Londynu?

Kiedy sprowadziłam brata do Londynu, mama została w Yorkshire, było to daleko. Rano przyjeżdżał autobus i zabierał ich do pracy, a wieczorem odwoził. Ludzie pracowali przy pakowaniu owoców do puszek. Pomogłam mamie, by z obozu w Yorkshire przeprowadziła się do obozu w Midland, położonego w odległości dwóch godzin pociągiem od Londynu. Po przeprowadzce mogłam mamę odwiedzać. Mama pracowała w fabryce i pakowała owoce, do własnej dyspozycji miała „pół beczki śmiechu”, czyli baraku, który opłacała. Obóz zorganizowany był „w beczkach śmiechu”, zamieszkiwali go Polacy. Anglicy sprywatyzowali „beczki śmiechu”, każdy z Polaków podjął pracę i płacił za mieszkanie w barakach. Mama mieszkała w środowisku typowo polskim i bardzo dobrze się tam czuła.

Jak zrodził się pomysł wyjazdu do Kanady?

Moje angielskie przyjaciółki zdecydowały się przyjechać na rok do Kanady. Zaproponowały, abym i ja pojechała z nimi. Spacerowałyśmy po Londynie i rozmawiałyśmy o tym. Kiedy poszłyśmy do ambasady kanadyjskiej, od razu otrzymałyśmy formularze do wypełnienia. Gdy poszłam po travel document, moja koleżanka Angielka, powiedziała: „Ty jesteś w Anglii już sześć i pół roku, należy Ci się obywatelstwo.” Kosztowało to 25 funtów. Koleżanka nakłaniała mnie do skorzystania z tego prawa, mówiła: „Gdybym ja mieszkała w Polsce i miałabym możliwość, to wzięłabym polskie obywatelstwo.” Powiedziałam, że tu nie chodzi o patriotyzm, ale wolę zachować pieniądze na wydatki w Kanadzie, zanim zacznę pracować. Do Kanady przyjechałam tylko na travel document, miałam wówczas 24 lata. Przypłynęłam wraz z koleżankami statkiem greckim w czerwcu 1954 roku. Płynęłyśmy przez tydzień i była to bardzo ciekawa podróż. Brat został w Wielkiej Brytanii. Po latach do Kanady najpierw przyjechał sam, a potem z żoną.

Zdecydowałam, że nie wrócę do Anglii, tak jak i każda z moich koleżanek, z którymi tu przyjechałam. Mój travel dokument był już nieważny, musiałabym emigrować do Anglii, by uaktualnić dokumenty, ale nie miałam zamiaru. Spodobało mi się w Kanadzie.

A co tak szczególnie się Pani spodobało w porównaniu z Wielką Brytanią?

Wówczas w Londynie był wielki smog. Miasto było bardzo zanieczyszczone, kiedy chodziłyśmy pieszo do teatru, to z powodu smogu nie mogłyśmy wrócić. Wracałyśmy autobusem i z powodu smogu było zupełnie biało na ulicy. Przed autobusem wędrował człowiek z wielką latarką i autobus powoli za nim jechał. Kiedy szłyśmy do pracy do szpitala, opierałyśmy się o ścianę, by dojść do szpitala i nie stracić drogi. Przeczytałam książkę pt.: „Kanada pachnąca żywicą”, w której Kanada opisana jest jako piękny kraj z dużą ilością jezior i lasów. Poza tym, kiedy poszłyśmy do Ambasady Kanadyjskiej w Londynie, zaoferowano nam natychmiast pracę w Kanadzie na stanowisku pielęgniarki. Chciałyśmy zobaczyć, czy ta oferta się sprawdzi. W 1957 roku sprowadziłam do Kanady matkę.

 

6

Maria Krasnodębska wraz z dziećmi. Po lewej stronie teściowa Marii. Wilno - Ontario

 

Jakie były Pani pierwsze wrażenia w Kanadzie?

Słońce, piękna pogoda, nie było w ogóle smogu. Zdecydowałyśmy nie wracać. Od tego czasu byłam kilka razy w Londynie, teraz nie ma tam smogu. Tu, w Kanadzie, wyszłam za mąż, tu urodziły się moje dzieci, ale do Anglii czuję duży sentyment, a szczególnie do Anglików i muszę powiedzieć, że Anglicy w życiu bardzo mi pomogli! W Kanadzie bardzo mi się spodobało. Już w trzecim dniu po przyjeździe zaczęłam pracę w Toronto General Hospital i zaprzyjaźniłam się z pielęgniarkami kanadyjskimi. Poznałam też polskie towarzystwo. Na jednym ze spotkań u koleżanki poznałam mojego przyszłego męża. Okazało się, że on też wcześniej był w Anglii. Mój mąż brał udział w powstaniu warszawskim. Trafił do obozu niemieckiego. Kiedy wojsko amerykańskie wyzwoliło obóz, mąż pojechał do Włoch i był w polskim wojsku, z którym po wojnie przyjechał do Anglii. Mój mąż w wojsku polskim we Włoszech zdał maturę. W Wielkiej Brytanii ukończył studia inżynieryjne. Kanadyjczycy poszukiwali inżynierów do pracy w Ontario. Zgłosił się i przyjechał tu z Wielkiej Brytanii. Przez 48 lat mieszkaliśmy w Scarborough.

Czy była Pani zaangażowana w organizacjach polonijnych?

Jeśli chodzi o zaangażowanie polonijne, przyznam, że zbyt dużo się nie udzielałam, ze względu na charakter mojej pracy. Prywatnie spotykałam się z polskimi koleżankami i innymi Polakami. Pracowałam w większości w środowisku kanadyjskim. Następnie pracowałam dla katolickiej organizacji: „Saint Elizabeth” – jeździłyśmy po domach, by robić opatrunki i dawać zastrzyki. Pracowałam jako registered nurse (dyplomowana pielęgniarka). Wyznaczono mnie na salę porodową, bo miałam doświadczenie i pierwszą część kursu położniczego. Tam pracowałam 2 lata, a potem jako „visiting nurses” – pielęgniarka wizytująca z ramienia wspomnianej organizacji „Saint Elizabeth”. W latach 1962 – 1963 ukończyłam na Uniwersytecie w Toronto kurs Public Health Nurse. Do emerytury pracowałam jako Public Health Nurse.

 

7

Maria Teramina jako pielęgniarka

 

8

Wśród pielęgniarek. Maria Teramina z prawej strony

 

9

 

Do Polski po raz pierwszy poleciałam, kiedy byłam już mężatką. Moje dzieci, córka i syn bardzo dobrze znają język polski. Córka wyszła za mąż za Polaka, który pochodzi z Montrealu. Syn ożenił się z Polką urodzoną i wychowaną w Polsce. Jego dzieci pięknie mówią po polsku. Często podróżują do Polski, odwiedzają dziadka. W tej chwili syn z rodziną mieszka w Szwajcarii. Mam czworo wnuków.

 

10

Córka Marii Krasnodębskiej z rodziną

 

11

Córka Marii Krasnodębskiej z dziećmi

 

Mąż choruje na chorobę Parkinsona. Z tego względu postanowiliśmy zamieszkać w domu polskim im. Mikołaja Kopernika w Toronto. Od 1 czerwca 2017 mąż mieszka tutaj, ja również przeprowadziłam się do domu Mikołaja Kopernika. Ze względu na stan zdrowia, mąż mieszka w innej części domu, ale mogę go codziennie odwiedzać.

 

12

Dzień przejścia na emeryturę

 

13

Z mężem, w szczęśliwym domu

 

14

W Ostrej Bramie, 1998 r.

 

15

Urodziny…

Dziękuję za rozmowę

siostra Halina Pierożak Misjonarka Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej, 8.06.2021 r.

Pani Maria Krasnodębska wyraziła zgodę na publikację ww. wywiadu.