Franciszka Kozycz, z domu Lichodziejewska, obecnie mieszka w domu im. Mikołaja Kopernika w Toronto. Jako nastolatka została wywieziona na Syberię. W Iraku wstąpiła do Wojska Polskiego. Podczas wojny pracowała jako kierowca ciężarówki, którą przewoziła między innymi żołnierzy, rannych w bitwie o Monte Cassino.

Po wojnie zamieszkała w Wielkiej Brytanii, a następnie przeprowadziła się do Kanady. Życie pani Franciszki tak się ułożyło, że po wywózce na Syberię nie miała już okazji odwiedzić Polski.

Mam teraz 98 lat i moja pamięć jest już słabsza, więc fragmenty mojej biografii, którymi się dzielę, są tymi, które najbardziej mi utkwiły w świadomości.

Urodziłam się 14 grudnia 1922 roku w Choroszewiczach. Moimi rodzicami byli Ewa i Kazimierz Lichodziejewski. Miałam dwie siostry: Jadwigę i Wandę oraz brata Czesława, który był z nas najmłodszy. Mieszkaliśmy w Choroszewiczach bardzo krótko. Mój ojciec pracował w tej miejscowości dla zamożnego człowieka, który posiadał dużo ziemi. Tato był jego sekretarzem. Być może moja mama też pracowała dla tej bogatej rodziny. Któregoś razu pojechałam z nią do nich. Z wyjazdu pamiętam pokoje z dużą ilością luster i wiele osób pracujących w domu.Kiedy skończyłam pięć lat, przenieśliśmy się do Połotnicy, miejscowości między Słonimem a Baranowicami. Gdy mój ojciec porzucił pracę sekretarza, planował budowę domu i uprawianie ziemi. Na etapie planowania urzędnicy państwowi powiedzieli, że skoro nasza posiadłość jest otoczona przez inne gospodarstwa, to zbudują nasz dom ze szkołą. Połowa budynku była zagospodarowana na szkołę, w drugiej mieszkaliśmy my. W części naszego domu mieszkał też nauczyciel. Do szkoły uczęszczało około 40 dzieci. Nauka odbywała się w systemie zmianowym, na dwie zmiany, po 20 dzieci. Zazdrościłam dzieciom, gdy podczas wspólnych spacerów do szkoły bawiły się i żartowały, a ja już byłam w szkole i od środka patrzyłam, jak cieszą się ze spaceru do szkoły. Chodziłam do szkoły do 15 roku życia, potem pomagałam w gospodarstwie, gdzie mieliśmy dwa konie, trzy krowy, dziesięć owiec i gęsi, dwadzieścia kurczaków i trzy świnie.

Uprawialiśmy ziemię, sialiśmy pszenicę, żyto oraz jęczmień. Pomagałam przy orce, siewie, pieleniu i zbiorach.Naszą oficjalną parafią był Wysock. Było to małe miasteczko z kościołem. W Wysocku trudno było podróżować, bo drogi były niedostosowane do warunków. Nazywam je drogami, ale w rzeczywistości były to wyboiste ścieżki, którymi szliśmy przez pola i lasy. Chodziliśmy do kościoła w Połonce, bo był najbliżej. Derewna, inna miejscowość, miała pocztę. Pamiętam miejsce zwane Dziadkowicze, gdzie bogata dama założyła szkołę dla sierot.Dnia 10 lutego 1940 r., około godziny 5.00 rano przyszli do naszego domu żołnierze i wycelowanymi w ojca karabinami kazali mu usiąść przy stole. Wyjaśnili, że jesteśmy przenoszeni i że będziemy pracować w nowym miejscu, ale wszystko, czego potrzebujemy, zostanie nam zapewnione w tym nowym miejscu, więc nie trzeba zabierać niczego poza ubraniem. Mój ojciec nie mógł pomóc nam się spakować, musiał pozostać, siedząc przy stole. Na przygotowania mieliśmy niecałą godzinę. Złapałam sukienkę, buty, kurtkę i koc. Można było zabrać ze sobą tylko odzież, gdyż żołnierze nalegali: „Szybciej, szybciej!” Nie mogliśmy wziąć naszych dokumentów. Moja mama po cichu wzięła trochę mąki. Nasz mały dobytek został umieszczony na saniach, które ciągnął koń. Matce pozwolono usiąść na saniach z naszym dobytkiem; reszta z nas musiała iść.Cały dzień szliśmy do stacji kolejowej, gdzie spotykaliśmy sąsiednie rodziny. W sumie było około 5 rodzin, liczących w sumie około 50 osób. Na stacji siedzieliśmy na podłodze i czekaliśmy na pociąg, pilnowani przez żołnierza.

Pięć rodzin zostało zapędzonych do wagonu bydlęcego i jeździliśmy w nim, w mroźnej temperaturze, przez dwa tygodnie. Był piec, ale nie było drewna na opał. Jedynym pożywieniem, jakie mieliśmy, była mąka zmieszana z wodą, którą moja mama wsadziła po kryjomu do naszych rzeczy. To był dla nas początek głodu i przez następne dwa i pół roku bardzo marzliśmy.

Dojechaliśmy do miejsca, w którym kończyły się tory kolejowe. Moja matka wraz z naszym skromnym dobytkiem znowu jechała saniami, a ojciec i rodzeństwo brnęli przez głęboki śnieg za nią. Inne rodziny zrobiły to samo. Podczas dwutygodniowej podróży do obozu pracy spaliśmy w domach rodzin rosyjskich. Pamiętam, jak spałam na podłodze pod stołem. Niektóre rodziny były na tyle dobre, że dzieliły się tym, co miały do jedzenia. Przy nas zawsze byli żołnierze i pilnowali, żeby nikt nie uciekł. Kiedy przyjechaliśmy do Archangielska na Syberii, był tam barak z półkami do spania, w którym zamieszkaliśmy z pięcioma rodzinami. W nim był też mały piec na drewno opałowe. Nie było jedzenia. Najpierw trzeba było wysuszyć przemoczone ubrania. Kilka rodzin przyniosło ze sobą garnek lub filiżankę, którą się dzieliły rodziny. Musieliśmy na zmianę pić z kilku przyniesionych filiżanek.

Następnego dnia po przyjeździe, urzędnik przydzielił miejsca pracy. Nie było mowy o jedzeniu, tylko poszliśmy prosto do pracy. Mężczyźni zostali wysłani do lasu, aby ścinać drzewa. Moim zadaniem było zbieranie gałęzi, rozebranie ich i spalenie. Moja mama pracowała wokół baraku, porządkując teren. Ojciec pracował przy ścinaniu drzew, czasami razem z chudymi, wygłodniałymi końmi, które były używane do ciągnięcia kłód. Karmił je i sprzątał wokół nich. Praca była kilkuzmianowa, więc nigdy nie pracowaliśmy zbyt długo z tymi samymi ludźmi. Moim zadaniem było przywiązywanie kłód do sań. Do tych sań zaprzężono biednego wygłodniałego, zmarzniętego konia, który tak jak ja, ledwo mógł stanąć na nogach. Musiałam go wyprowadzić z lasu na drogę.

Kłody ciągnięto do rzeki. Moja młodsza siostra Jadwiga i ja miałyśmy zadanie spychania kłód do rzeki. Pewnego dnia moja siostra wpadła do lodowatej rzeki, pod kłody, ale udało jej się wydostać spod zatoru kłód i wrócić na brzeg. Latem, od wschodu do zachodu słońca, atakowały nas chmary komarów i innych gryzących owadów. Dzieci poniżej 10 roku życia uczęszczały do szkoły, w której uczyły się mówić i pisać po rosyjsku. Uczono ich, że nie ma Boga. Ponieważ byłam słaba i ciągle mdlałam, lekarka przepisała mi pięć cebul. Moja mama wykorzystała cebule do ugotowania zupy. Za jeden dzień pracy dostawaliśmy trochę chleba i wodnistej zupy z samymi ościami. Kiedy mężczyźni przychodzili po pracy, musiałam rozłożyć ich ubrania do wysuszenia. Gdy pracowałam w kuchni, musiałam założyć jarzmo na ramiona, aby przenieść wiadra z wodą z rzeki do kuchni, która, jak przypuszczam, znajdowała się około 2000 stóp dalej. W lodzie wycięto dziurę i musiałam uważać, aby do niej nie wpaść. Innym razem kosiłam kosą trawę dla koni. Stale obserwowali nas żołnierze. Moja mama od czasu do czasu pracowała w kuchni, gdzie przygotowywano jedzenie dla żołnierzy. Byliśmy przenoszeni z pracy do pracy. Często chorowaliśmy i mieliśmy inne dolegliwości wynikające z niedożywienia, braku higieny oraz z powodu braku pożywienia i temperatury -30 stopni C lub niższej. Kiedy jechaliśmy, aby kosić trawę dla koni, przez kilka tygodni mieszkaliśmy poza barakiem, spaliśmy w malutkich chatach na podłodze. Spaliśmy na mchu, aby nie było tak twardo. Zebraliśmy ten mech, ale niestety często był on wypełniony mrówkami i innymi owadami. Na podróż dostaliśmy chleb, mąkę, jęczmień. Ledwie starczyło jedzenia na jeden dzień, nie mówiąc już o dwóch tygodniach. Musieliśmy nosić na plecach zapasy i narzędzia. Szliśmy około pięciu godzin, potem odpoczywaliśmy, a potem znowu ruszaliśmy do pracy. Kiedy dotarliśmy do rzeki, musieliśmy ściąć drzewo toporami i upewnić się, że spadło pod odpowiednim kątem. By drzewo leżało po drugiej stronie rzeki, abyśmy mogli zrównoważyć siłę, przejść na drugą stronę i dostać się do trawy. Ścinaliśmy trawę i układaliśmy ją w stosy, a potem kontynuowaliśmy, powtarzając zadanie. Do zmroku byliśmy wyczerpani. Mężczyźni razem z kobietami spali jeden obok drugiego w maleńkich chatach. Byliśmy bardzo wyczerpani i głodni.W 1942 roku dowiedzieliśmy się z informacji przekazywanych z ust do ust, że możemy opuścić Archangielsk. Nie było ogłoszenia. Niektórzy nie byli przekonani, że to prawda, że pozwolono nam wyjechać. Kiedy moja rodzina zdecydowała się opuścić dotychczasowe miejsce pobytu, szliśmy tygodniami na stację kolejową w resztkach butów zawiniętych w szmaty. Znowu bez jedzenia, z wyjątkiem tego, co dostaliśmy od miejscowych, którzy sami mieli bardzo mało. Kiedy dotarliśmy na stację kolejową, okradziono nas i zabrano kilka ubrań i koców, które nieśliśmy. Wsiedliśmy do pociągu i kiedy dojechaliśmy na kolejną stację, zmarł mój ojciec z głodu i chorób. Pamiętam, że przed śmiercią trzymałam go za rękę. Ojciec coś mówił, ale ja nie rozumiałam co. Urzędnicy wyciągnęli z pociągu zmarłego i wraz nim innych zmarłych. Mama wyszła z pociągu, bo chciała zobaczyć, gdzie go pochowają. W pobliżu stacji kolejowej był wykopany duży dół, wrzucono tam ciało taty i innych zmarłych. Pociąg ruszył do Uzbekistanu.W Uzbekistanie powiedziano nam, że możemy mieszkać u miejscowych rodzin, które dadzą nam chleb i miejsce do spania. Byliśmy tam około dwóch tygodni.Prawie wszyscy cierpieli na tyfus lub na inne choroby. Byli Polacy, żołnierze, ochotnicy, którzy nosili chorych i kładli ich na chodniku. Młodzi mężczyźni nieśli na plecach tych chorych do baraków, w których był polski lekarz. Byłam jedną z chorych na tyfus. Kiedy wróciłam do zdrowia, nie mogłam sobie przypomnieć, co wydarzyło się podczas dwóch tygodni mojej choroby.Pamiętam, że polscy żołnierze i wolontariusze mieli jedzenie, którym hojnie dzielili się z nami, uchodźcami, za co jesteśmy dozgonnie wdzięczni. W Uzbekistanie golono nam głowy, żeby pozbyć się wszy. Pogoda była ciepła. Byliśmy tam jakiś czas, może kilka miesięcy, czekając na zebranie się innych Polaków, żebyśmy mogli dostać się na łódź do Teheranu w Iranie. Następnie przez trzy dni szliśmy do łodzi. Wszyscy - dorośli i dzieci, nadal chorzy, a niektórzy ledwo żyjący, zostali wepchnięci do łodzi płynącej do Teheranu. Staliśmy ściśnięci jak sardynki przez tydzień. Było tak ciasno, że brakowało miejsca, żeby usiąść lub położyć się. W łodzi nie było jedzenia.

W Teheranie irański szach zabrał nas do miejsca, gdzie zbierała się polska armia. Wstąpiłam tam do wojska, a moja siostra Jadwiga wstąpiła do lotnictwa. Wówczas moja rodzina została rozdzielona. Najmłodsza siostra Wanda i brat Czesław trafili do szkoły. Ostatecznie Wanda pojechała do Afryki, a Czesław został w indyjskim sierocińcu sponsorowanym przez radżę. Po jakimś czasie moja mama dotarła do Indii i znalazła brata w sierocińcu, w którym mogła potem pracować w kuchni.

W czasie pobytu w Teheranie byłam wychudzoną i niedożywioną dwudziestolatką. Wstąpiłam do wojska i odbyłam trzymiesięczny kurs jazdy na kierowcę ciężarówki wojskowej w II Korpusie dowodzonym przez gen. Andersa, wchodzącym w skład 317 Transport Corp. Dowoziłam mężczyzn na ćwiczenia.

 

1

 Franciszka Lichodziejewska z wojskowymi koleżankami (pierwsza z lewej strony)

 

2

 Przy wojskowym namiocie…(Franciszka pierwsza z prawej strony)

 

3

Franciszka jako kierowca wojskowej ciężarówki…

 

4

Franciszka Lichodziejewska w wojsku…

 

5

Franciszka (z lewej strony) z koleżanką…

 

6

 Franciszka Lichodziejewska, 1945 r.

 

7

W Palestynie..., 1944 r.

 

Byłam w armii od września 1942 roku do 1946. W latach 1942-1943 przebywałam w Iranie, Iraku, Palestynie i Egipcie, gdzie odbyłam wojskowe szkolenie. Otrzymałam prawo jazdy na prowadzenia 3-tonowej ciężarówki transportowej. W 1944 roku 317 Transport Corp. popłynął z Egiptu do Włoch i ja byłam na tym okręcie. Przewoziłam zapasy, żywność, żołnierzy między Palagianello i Bari. Pod Monte Cassino rannych i okaleczonych żołnierzy leczyli sanitariusze i pielęgniarki. Jeśli karetki nie były dostępne, ja wywoziłam rannych moją ciężarówką transportową w inne, bezpieczne miejsce. Często sama nie wiedziałam, co wiozę, ponieważ dostawałam zlecenie przewozu od punktu A do punktu B, już załadowaną ciężarówką. Po przyjeździe do celu czekali już ludzie, którzy rozładowywali.

 

8

Z przyszłym mężem Bazylim… 1943 r.

 

9

Tuż po ślubie… 30.01.1946 r.

 

19 stycznia 1946 r., w bazylice loretańskiej we Włoszech poślubiłam Bazylego Kozycz, mechanika lotnictwa 318 Dywizjonu Polskiego RAF CMF. Męża poznałam w Iraku. Pracował jako mechanik w lotnictwie i sprawdzał między innymi samoloty, którymi podróżował generał Sikorski. Później spotykaliśmy się we Włoszech. Ślub pobłogosławił nam polski wojskowy ksiądz. Zrobiliśmy skromne przyjęcie weselne dla około dziesięciu osób. Mąż przed ślubem powiedział mi, że jeśli wyjdę za niego, to obiecuje mi, że nigdy nie będę musiała zawodowo pracować, on zajmie się finansową stroną utrzymania rodziny.

 

10

Franciszka i Bazyli Kozyczowie z córką Krystyną, 1948 r.

 

Po wojnie zdecydowaliśmy się z mężem wyjechać do Anglii, mieszkaliśmy w Bristolu przez dziesięć lat. Nie pracowałam zawodowo, pozostałam w domu i wychowałam trójkę naszych dzieci. Mój mąż Bazyli pracował jako stolarz, robił meble. W Wielkiej Brytanii przez pewien czas brakowało benzyny, pogorszyła się sytuacja rynkowa. Mój brat mieszkał w USA. Zaproponował, byśmy przyjechali do Kanady, a stamtąd moglibyśmy się przemieścić do USA. Pojechaliśmy do Kanady w 1957 roku i zdecydowaliśmy, że tu zostaniemy. Tutaj urodził się nasz najmłodszy syn.

 

11

Państwo Kozyczowie z wnuczką…

 

Od czasu wywózki na Syberię nigdy nie byłam w Polsce. W Ojczyźnie nie mieliśmy nikogo, wszyscy z naszej rodziny, których nie wywieziono na Syberię, zostali zamordowani…

Pani Franciszka Kozycz wyraziła zgodę na opublikowanie swojej biografii.