Pani Alina Inez Złotogórska, z domu Rutkowska, urodziła się w 1928 roku w Kutnie, mieszkała na Wileńszczyźnie, a następnie w Brześciu nad Bugiem.

Została wywieziona na Syberię wraz z mamą i bratem. Jako 13-letnia dziewczynka, na skutek choroby mamy w Uzbekistanie podjęła opiekę nad młodszym bratem i razem z nim znalazła się w kołchozie, z daleka od Polaków. Los sprawił, że pewnego dnia spotkała żołnierzy z Armii Polskiej generała Andersa, którzy przyrzekli, że udzielą jej pomocy. Dzięki generałowi Borucie Spiechowiczowi, wraz z bratem i mamą opuściła Uzbekistan, dotarła do Pahlevi w Persji, następnie do Teheranu, i Palestyny, gdzie ukończyła Wojskową Szkołę Junaczek. W 1947 roku przyjechała do Anglii. Obecnie mieszka w Penrhos.

Urodziłam się w 1928 roku. Mój ojciec pochodził z Płocka, był urzędnikiem pocztowym. Ponieważ pracował dla Ministerstwa Poczty i Telegrafów, był przenoszony za każdym razem, kiedy otrzymywał awans zawodowy. Na początku pracował w małych miejscowościach, później w większych. 1 września 1939 roku miał zacząć pracę na posadzie w ministerstwie w Warszawie, ale oczywiście nic z tego, bo już był w wojsku, zaczęła się wojna.

Pamiętam jak przez mgłę dzień w 1931 roku, kiedy urodził się mój brat, był prawie 4 lata ode mnie młodszy. Mieszkaliśmy w małej miejscowości Święciany, koło Wilna, leżała ona bardzo blisko miasta, prawie na jego przedmieściach. Mój brat Jurek urodził się w Wilnie i nasze życie toczyło się w Wilnie, ale trwało to bardzo krótko, gdyż ojciec otrzymał awans. Został naczelnikiem poczty i telegrafów na cały powiat Słonim, na Nowogródczyźnie, obecnie na Białorusi. Pamiętam, najważniejszą rzecz, moje szkolne lata. W Słonimie był zakon sióstr niepokalanek, piękny biały kościół, może nie był piękny, ale dla mnie, w mojej pamięci, on nadal jest piękny. Blisko kościoła był klasztor oraz szkoła i bursa, gdzie mieszkały dziewczęta. My mieszkaliśmy na poczcie, mieliśmy przepiękne mieszkanie, na piętrze. Cała górna część tego budynku była zajęta przez nas. Pamiętam, mama mówiła: „To jest jeszcze carski budynek.” Ja wtedy nie rozumiałam, co znaczy: „carski budynek”, widocznie zbudowany „za cara”. Wydaje mi się, że miasto było małe. Pamiętam Niepokalanki, były w białych habitach, miały jedną siostrę ubierającą się na czarno, to była ta, która wychodziła na miasto i wszystko załatwiała. Byłam w szkole Niepokalanek i przygotowana przez nie, przyjęłam pierwszą Komunię Świętą.

Następnie Ojciec został przeniesiony do Brześcia nad Bugiem, żeby być odpowiedzialnym za sprawy związane z pocztą i telegrafem w całym województwie. Jak już wspominałam, z każdym awansem był przenoszony w nowe miejsce. My przyjechaliśmy do Brześcia w 1935 roku i byliśmy tam do końca, czyli do dnia wywózki na Sybir. Mama urodziła się niedaleko litewskiej granicy, tej sprzed 1939 roku, gdzie jej rodzina miała majątek. Z zawodu była nauczycielką, ale kiedy ja się urodziłam, przestała pracować i zajmowała się wychowaniem mnie, a potem brata. W domu mieliśmy kucharkę, sprzątaczkę, ale też niańkę do brata, bo Jurek urodził się chory i potrzebował większej opieki.

W Brześciu zaczęłam uczęszczać do szkoły państwowej. Tato w sierpniu 1939 roku dostał powołanie do wojska, żeby przygotowywał poczty polowe, bo w tym kierunku był wykształcony.

Czy już wtedy wyjechał?

Tak.

Jak zapamiętała Pani ten dzień?

Ojciec, gdy się żegnał… Najpierw wyjaśnię, że mój brat był bardzo chorowity. Choroba Jurka nazywała się skaza wysiękowa. Musiał być bandażowany, wszystko zasychało, trzeba było moczyć bandaże, to była jedna wielka rana… On z tego wyszedł, ale jako mały chłopak dostał bardzo silnej astmy i chorował prawie całe życie, ale był bardzo dzielny. Mama zawsze zajmowała się Jurkiem, w zimie nawet zostawała z nim dłużej w łóżku i mój tato żartował: „No Ineczko, my ludzie pracy..., chodź, jedziemy…” Tato jechał do pracy, a mnie podwoził do szkoły. Gdy ojciec się z nami żegnał, kiedy szedł do wojska niby po to, żeby dać szkice obrazujące, jak poczta polowa ma wyglądać… Pamiętam, to było w przedpokoju… tak mocno mnie przytulił do siebie i powiedział: „Ty teraz jesteś dużą dziewczynką, pamiętaj, opiekuj się mamą i Jurkiem.” Dlaczego tak powiedział? Dlaczego ja to pamiętam – nie wiem. Niestety, później tak w życiu było, że się opiekowałam i mamą i moim bratem, bo mama była bardzo ciężko chora w Rosji…

 

1

Rodzice Aliny Rutkowskiej (Złotogórskiej)

 

Tato poszedł do wojska, zostaliście z mamą. Proszę powiedzieć, jak Pani pamięta dzień wybuchu wojny? Czy o tym dowiedzieliście się z gazet, czy wcześniej mówiło się na ten temat?

O, mówiło się bardzo dużo na ten temat. Była wielka propaganda i dużo rozmów. Niedaleko Brześcia, z tej strony, gdzie my mieszkaliśmy, wybudowano nową Podchorążówkę Artylerii Przeciwlotniczej. To była podobno pierwsza tego typu Podchorążówka. Czy Niemcy o tym wiedzieli? No, Niemcy o wszystkim wiedzieli, to nie ma dwóch zdań, oni mieli fantastycznych szpiegów… Już pierwszego dnia były bombardowania. Tak że o wojnie wiedzieliśmy od razu.

I cały czas byliście w swoim mieszkaniu, czy ktoś Was wysiedlił?

Nikt nas nie wysiedlił. Wysiedlili nas dopiero, jak przyjechali nasi „kochani sąsiedzi” i zabrali nas na Sybir w 1941 roku w czerwcu. Innych wywozili w lutym i w kwietniu, a nas w czerwcu. Uczęszczałam do szkoły, bo oczywiście kazali nam chodzić do szkół. Kiedy Bolszewicy rozgościli się w Brześciu, na nowo była prowadzona edukacja. Nauczycielami byli Polacy i Rosjanie. Polaków na początku było dużo, ale w krótkim czasie znikali. „Dziś” dany nauczyciel Polak uczył nas, a „juto” już nie. Potem nauczanie przejmowali Rosjanie. Pozrywali ze ścian wszystkie krzyże i godło Polski, wyrzucali, palili… Nam mówili, że najważniejsza jest Rosja, komunizm i Komsomoł i żeby należeć do partii młodzieży…

W Brześciu wybuchła epidemia tyfusu i w szkole zaczęto nas szczepić przeciw tej chorobie. Uczniowie różne to przechodzili. Ja miałam gorączkę i leżałam w łóżku. Miałam wówczas  13 lat. Nie było już służby, a co więcej, w mieszkaniu mieliśmy lokatorów, rosyjskich oficerów. Nazwisko jednego z nich pamiętam do dziś: Karalow. On był jednym z porządnych ludzi. Bo przecież są ludzie porządni wszędzie, na całym świecie…

Czyli musieliście udostępnić część mieszkania Rosjanom?

Powiedzieli nam, że mamy za duże mieszkanie i zdecydowali, gdzie będą mieszkać oni, a gdzie my.

Ktoś Was wcześniej poinformował, że będzie wywózka?

Ja leżałam chora po szczepionce na tyfus, czy cholerę, miałam gorączkę. Mama mi powiedziała: „Dasz sobie radę, leż, a ja pójdę do kościoła.” Do kościoła, było od nas daleko i kiedy mama była na wieczornym nabożeństwie, podszedł do niej kościelny i powiedział, że proboszcz chce ją widzieć po nabożeństwie na plebanii. Mama zdziwiona, poszła do proboszcza, a on powiedział: „Proszę pani, dziś w nocy znów będzie wywózka… Pani jest na liście…”

Czyli ksiądz dostał taką listę z nazwiskami, kto będzie wywieziony?

Lista ta została udostępniona przez ludzi działających w podziemiu. Otrzymawszy tę wiadomość, ksiądz ostrzegł mamę: „Panią mogę u siebie schować, ale dzieci nie.” A mama odpowiedziała: „Ja za żadne skarby nie oddzielę się od dzieci! Gdzie dzieci, tam i ja, gdzie ja, tam i dzieci! Bardzo dziękuję, ale idę do dzieci!”

Jak w Pani domu wyglądało przygotowanie do wywózki?

O godzinie 1.00 – 2.00 w nocy usłyszeliśmy walenie kolbami w drzwi. Wszedł oficer z rewolwerem w ręku, a pozostali z karabinami, tak jakby tu za drzwiami była cała nieprzyjacielska armia. Najpierw powiedzieli, że robią rewizję. Pokazali jakieś papiery i zapytali, dlaczego ja leżę w łóżku. Mama wytłumaczyła, że jestem chora i mam gorączkę. A oni kazali mi wstać, uważali, że jeśli leżę w łóżku, to coś w nim kryję… Cały czas mówili tylko o broni. Gdzież broń w naszym domu!!! W każdym bądź razie, z mego życiowego doświadczenia przekonałam się, że na całym świecie, jak długi i szeroki, czy to są biali ludzie, czy czarni, czy „w kropki czy w kratkę”, są bardzo dobrzy ludzie i źli… Zależy od człowieka… I ten właśnie oficer musiał mieć w sobie coś bardzo dobrego, bo powiedział do mamy: „Niestety, ale wy wyjeżdżacie, pojedziecie stąd do Rosji. Musisz zabierać z sobą wszystko!” Wiadomo było, że pojedziemy na Syberię. On zapytał, czy może iść na strych i czy mama ma tam sznury. Przed wojną w domach w Polsce były duże strychy i masa sznurów, tak suszono bieliznę, nie było żadnych suszarek… Mama była pewna..., powiedziała: „On chyba nas udusi i lepiej żebyśmy sobie życie odebrali sami!”. W domu mieliśmy różne cenne rzeczy.

Muszę się cofnąć ze wspomnieniami. Za młodości moja mama była w carskiej Rosji. Maturę zdawała w Tbilisi na Kaukazie. Ona i jej straszy brat, który był sędzią, uciekli przed komunizmem. Mama pięknie mówiła po rosyjsku, językiem literackim. I Rosjanie, którzy przyszli nas zabrać mówili do mamy: „Mów, mów jeszcze, bo ty mówisz językiem Puszkina.” Po rewolucji Rosjanie wprowadzili masę paskudnych, złych słów. Mama pomyślała, że rosyjski oficer, przy pomocy sznurów nas udusi i zabierze cenne rzeczy, które zauważył w domu. A on przychodzi i mówi: „Bierz wszystko, co możesz! Poduszki, powłoczki, bo tam, gdzie jedziesz, nie ma nic..!” Nie mieliśmy przygotowanych worków, on wziął powłoczkę i powiedział do mamy: „Trzymaj!” I tam schował srebro. W kredensie były srebrne sztućce. Rosjanin powiedział do mamy: „Bierz to, bo może z tego będziesz jeszcze żyła!” I taka była prawda, rzeczywiście żyliśmy dzięki srebrnej zastawie. W Rosji sprzedawałam na targu tylko łyżkę i nóż, widelców już nie było im potrzeba. Ktoś mi poradził: „Broń Boże, nie sprzedawaj jako komplet, tylko pojedynczo!” Bo daliby mało pieniędzy, a gdy sprzedawałam pojedynczo, otrzymywałam więcej pieniędzy.

Tej nocy pojechaliście na stację?

Tak, Rosjanie nas zabrali, tam stały towarowe pociągi, te bydlęce. I zwozili zewsząd ludzi, z całego Brześcia nad Bugiem i z okolicznych miejscowości. My byliśmy przed wyjazdem dzień i noc w wagonach, aż ruszyliśmy w nieznane…

Jak Pani pamięta tę podróż?

W trakcie podróży w naszym wagonie umarł człowiek i nie mogliśmy się dostukać, żeby go zabrali. Dziura w podłodze… chyba zwierzę by nie przeżyło tego, co człowiek może przeżyć… To było skandaliczne! Kiedy staliśmy i czekaliśmy na bocznych torach na wyjazd (to była towarowa stacja na jakiś peryferiach, nigdy wcześniej na niej nie byłam), co pewien czas wołano mamy nazwisko i podawano jej paczki, zawiniątka, ludzie przekazywali makaron, ryż, masło, miód. Mama była bardzo zdumiona i wdzięczna za te paczki. Wydaje mi się, że mama później nawet ratowała dzieci miodem. Mama nie zdawała sobie sprawy, ilu było dobrych ludzi, że nam to dawali. Innym też pomagali i przynosili podobną pomoc. To nie były podarunki dawane na nazwiska i tylko w jednym przypadku mama wiedziała, od kogo dostała pomoc. Dary te bardzo nam pomogły, w drodze mogliśmy przeżyć i jeszcze na Syberii mieliśmy. Wagony były zapieczętowane, otwierano je tylko wtedy, kiedy „wrzucano” nam zupę, bo dosłownie ją wrzucano. Zupa smakowała jak pomyje. To było okropne.

Kiedy dotarliście na Syberię, gdzie Was umieszczono?

To wyglądało różnie. W różne miejsca rozsyłano ludzi. Mieliśmy dużo szczęścia, dużo… Wylądowaliśmy nad Obem w Barnaule, było to miasto bodajże wojewódzkie, a nas przywieziono na jego peryferie. O tym, gdzie będziemy mieszkać, decydowali Rosjanie, my nie mieliśmy ani słowa do powiedzenia. Dotarliśmy do obozu, za drutami oczywiście. Było dużo ogromnych baraków, do których zostali wywiezieni Rosjanie, bo coś widocznie przeskrobali. Jeden barak był pełen Litwinów, którzy pluli na nas, na dzieci. Nie lubili Polaków za to, że Piłsudzki zabrał im Wilno po I wojnie światowej, nie mogli tego darować.

Mieszkaliśmy w ogromnym baraku, były okna, ale nie było szyb. Musieliśmy kocami i szmatami zakrywać okna. Były futryny, ale nie było drzwi, w „pokoju” były prycze, ogromne półki piętrowe i kładliśmy się na nich do snu, spaliśmy jak śledzie, to było mieszkaniem. W lecie nie można było wytrzymać z gorąca.

A w zimie?

Przed zimą uciekliśmy stamtąd. Mama była bardzo obrotna, dogadała się z Polakami. Zaproponowała im: „Dajcie, co macie najcenniejszego, najdroższego. Pójdziemy na stację i spróbujemy przekupić zawiadowcę stacji, żeby można było pojechać gdzieś bardziej na południe.” Mama wiedziała, że mój brat w takich warunkach nie przetrwa zimy. Postanowiła, że zrobi wszystko, żeby Jurka ratować. I tak się stało. Po amnestii pojechaliśmy w nieznane, na południe. W pociągu z nami byli mężczyźni i kobiety, którzy załatwiali tę podróż. Uważali, że jak dadzą nam wagon osobowy, to zmieści się nas bardzo mało, a do towarowego zmieści się o wiele więcej osób, ale tym razem wiedzieliśmy, że jedziemy na południe. Mama źle się czuła w podróży. Ja byłam wtedy bardzo sprytna. Wyskakiwałam na stacjach z wagonu. Później mama mówiła mi, że za każdym razem, kiedy opuszczałam pociąg „umierała ze strachu”, gdyż odległość z pociągu do ziemi była duża i trzeba było z wysokości skoczyć, a potem na nowo wdrapać się do wagonu. Szłam na stację, żeby kupić coś do zjedzenia. Czasem kobiety, Rosjanki siedziały w pobliżu i sprzedawały jajka, mleko oraz inną żywność. Mama była coraz bardziej chora. Na jednej małej stacji w Uzbekistanie, do dziś pamiętam, było to w Kokandzie, mamę zabrali z pociągu do szpitala.

Została Pani wówczas bez rodziców… Proszę opowiedzieć, jak potoczyły się dalsze losy Pani i brata. Czy ktoś się Wami zaopiekował?

Pewna Rosjanka na stacji w Kokandzie bardzo mnie namawiała, żebym została z Jurkiem u niej. Później się dowiedziałam, że to była żona zawiadowcy stacji, enkawudzisty. Proponowała, że będzie się nami opiekować, a my będziemy chodzić do szpitala, by odwiedzać mamę. Wszyscy Polacy w wagonie mówili mi: „Nie słuchaj jej. Ona widziała, że macie cenne rzeczy!” Mama, gdy zabierano ją do szpitala, miała na sobie futro. Polacy twierdzili: „Ona robi wszystko, żeby was ograbić, a później wsadzi was do rosyjskiej ochronki i tam zostaniecie na całe życie!” Wystraszyłam się i powiedziałam: „To jadę dalej z Polakami!” Do dziś pamiętam Kokand. Mama została tam sama. Dla mnie to była jakby druga wywózka. Dotarliśmy do Dżałał-Abadu. Przyjechały arby, czyli wielbłądy i wózki na dwóch kołach, które były ogromne, bo wielbłądy są wysokie. Tym środkiem transportu rozwożono Polaków do różnych kołchozów. Ja z Jurkiem „wylądowałam” w pobliżu gór, niedaleko od Dżałał-Abadu. Przydzielono nas do małego kołchozu, który nosił nazwę Rewolucji Październikowej.

Zamieszkaliśmy w małej szopce, powiedziano nam, że będzie naszym domem. Okazało się, że wcześniej mieszkał w nim jakiś koziorożec, nie wiem, co to było za bydlę… Coś dużego, ale to nie był ani koń, ani krowa. Był tam straszny brud, jak to po zwierzęciu… W Polsce przed wojną można było zakupić bardzo duże kosze i ja taki jeden kosz ciągnęłam ze sobą wszędzie. W pociągu zawsze mi ktoś pomagał, by wnieść i wynieść kosz. W szopie na tym właśnie koszu, zrobiłam posłanie dla Jurka, brat był wtedy jeszcze bardzo mały. Posprzątałam nasz „pałac”, była nim lepianka, zbudowana z gliny. Szopka jedną ścianą była przyczepiona do domu gospodarza, Uzbeka. Również kobiety i kilkoro, dwoje, może troje dzieci zamieszkiwali w gospodarstwie, ale ja nikogo oprócz gospodarza nie widywałam. Tylko gospodarz zaczął ze mną rozmawiać. Mówił bardzo słabo po rosyjsku, a ja wówczas mówiłam po rosyjsku bardzo dobrze. Miałam solidne podstawy ze szkoły z Brześcia, kiedy jest się młodym, to bardzo szybko się „łapie” język, poza tym życie uczy: „Ty musisz to umieć, ty musisz to powiedzieć!” I tak powoli, powoli Uzbek zaczął ze mną rozmawiać, uczył mnie wiele po uzbecku, ja mówiłam do niego po rosyjsku i tak z czasem, mogliśmy się komunikować. Nie wiem, ile on miał lat, ale dla mnie wtedy był stary. Kobiety nie wychodziły z domu, a rano, a pod naszą szopą zawsze stała mała miseczka jedzenia. Niestety ja i Jurek nie mogliśmy tego jeść, bo wydawało się nam bardzo ostre w smaku. Ludzie tamtejsi mieli jakieś swoje przyprawy. Wydawało się nam, że one palą podniebienie. Mnie kazali iść do pracy, Jurkowi nie, bo był mały.

Gdzie Pani pracowała?

Pracowałam na polu bawełny. Kiedy tam przyjechaliśmy, to bawełny już nie było, zebrano ją, ale zostały łodygi, które trzeba było łamać. Były one bardzo kruche i niestety miały ostre kolce, a wysokość taką jak nasze róże. Trzeba było łamać te łodygi i składać w wiązki. Wiązałam, ręce miałam pokrwawione, ale za pracę codziennie otrzymywałam jedną wiązkę, którą mogłam zabrać na opał. Dostawałam też kawał chleba z „czarnej gliny”. Jurkowi nie należała się ani jedna pajda. W polach rosły jak gdyby rzepy, wyrywałam je. Jedliśmy tę roślinę na przemian, raz gotowaną, a raz na surowo.

Podczas pobytu w kołchozie wysyłałam do mamy kilka listów po rosyjsku, myślałam, że przeczyta, jeśli nie ona, to ktoś inny i da mi znać, co z mamą… czy żyje, czy nie? Ja i Jurek nie wiedzieliśmy, czy ona żyje, a ona nie wiedziała, czy my żyjemy. Nic nie otrzymałam, żadnej wiadomości, żadnego kontaktu… Nie miałam absolutnie żadnych możliwości, by wybrać się do mamy, to było za daleko i musiałabym zabrać ze sobą brata.

Kto opiekował się bratem, kiedy Pani była w pracy i jak wyglądała codzienność w kołchozie?

Nikt się nim nie opiekował, musiał być sam. Miał wtedy 10 lat. Polacy byli dopiero w następnych kołchozach. W kołchozie, gdzie my mieszkaliśmy, był jeden drewniany domek, mieszkał w nim nauczyciel. Niedaleko, nie potrafię określić, w jakiej odległości, bo byłam wówczas dzieckiem, ale szło się kilka dobrych godzin, gdyż nie było absolutnie żadnej komunikacji, nigdy nawet nie słyszało się żadnego motoru, na polach były osły, a jeszcze częściej wielbłądy. Bardzo często wieczorami aż do późna, rozmawiałam z moim gospodarzem i uważam, że nawet nawiązałam z nim jakąś nić przyjaźni, jeśli to można tak nazwać. Pamiętam, jak podczas jednej z naszych rozmów powiedział: „Słuchaj, czy ty wiesz, że my wierzymy, że jeśli Polska Armia przyjdzie do nas, to my będziemy wolnym krajem!” Oni bardzo cierpieli i nienawidzili Rosjan. Mieli swoje obyczaje, swój kult, swój język. Nie chcieli być pod „butem” rosyjskim. Gospodarz pytał mnie o mojego ojca i o mamę, wszystko mu powiedziałam. Wiedział, że mama jest w szpitalu w Kokandzie i że ojca zabrali, że nie ma  z nimi kontaktu i nie wiadomo czy żyją, czy nie.

Któregoś dnia, Uzbek, zobaczył, że mam ze sobą prymus do gotowania, czyli maszynkę na naftę, przed wojną używaną do przyrządzania ciepłych posiłków podczas pikniku. Trzeba było mieć naftę, żeby ją rozpalić. Pod wpływem ciśnienia wytwarzał się duży ogień, można było wstawić patelnię lub garnek i przyrządzić jedzenie. Prymus przywiozłam poprzez Syberię z Polski, ale oczywiście był pusty, nie miałam nafty. Mojemu gospodarzowi bardzo podobał się prymus, ciągle mówił do mnie: „Ach, żeby tylko tej nafty tu nalać, nafty nalać, to bylibyśmy bogaczami…” W pewien jesienny dzień w 1941 roku gospodarz powiedział mi, że w Suzuku, najbliższym miasteczku, będzie nafta dostępna w sprzedaży: „Ineczka, słyszałem, że jutro rano przyjeżdża wóz z naftą do miasta Suzuk, pójdziemy!” Miałam wtedy 13,5 roku. Okazało się, że pójdziemy do miasta w nocy. Uzbek, w gospodarstwie którego mieszkałam, przygotował jakieś puszki i butelki na naftę. Część dał mi, a część niósł sam. Poszłam z nim w nocy, sama, nie było żadnego oświetlenia nigdzie, w promieniach kilometrów nic się nie paliło. Mi przez myśl nie przeszło, że ten człowiek (nie potrafię określić, w jakim był wieku, mi się wówczas wydawało, że to starszy pan), mógłby mnie przecież skrzywdzić. Szliśmy całą noc, wyszliśmy około 2.00 godziny, a gdy doszliśmy do Suzuku, to już świtało. Dopiero teraz, kiedy patrzę na to wydarzenie z perspektywy czasu widzę, co mogło mi się stać, a wtedy byłam dzieckiem, choć momentalnie dorosłam, jeśli chodzi o myślenie. Na szczęście gospodarz był naprawdę uczciwym i dobrym człowiekiem.

Suzuk to mała mieścina. Nafta jeszcze nie została przywieziona, ale kiedy przyszliśmy, ludzie już stali w kolejce po nią. Pośród wielu oczekujących Uzbeków, ja byłam jedyną Europejką. Wyróżniałam się tym, że miałam szkolny płaszcz z naszywkami. Oni byli w swoich strojach uzbeckich. Kobiety nie chodziły w takie miejsca. Stałam razem z moim gospodarzem, bo z nim przyszłam. W tamtej części Azji są „kawiarnie”, które nazywają się czajchany, gdzie w kuckach siedzi się na podłodze i z kolorowych miseczek – filiżanek pije się herbatę. Herbata w czajchanie smakowała mi jak wrzątek, była słomkowego koloru, czułam gorącą kolorową wodę, a nie smak herbaty. Do czajchanów wchodzili tylko mężczyźni, żadna kobieta nie wchodziła, z resztą, tak jak wspominałam, kobiety tamtejsze przeważnie spędzały czas w domach. Mój gospodarz poszedł do kawiarni, a kiedy wrócił powiedział: „A teraz ty idź i napij się herbaty.” Weszłam, gdzie zwyczajnie kobiety nie wchodzą i kupiłam herbatę, chciałam się rozgrzać.

Nagle słyszę, że gospodarz krzyczy i biegnie w moim kierunku. Wydawało mi się, że słyszałam jakiś szum. Uzbek przybiegł do mnie i zawołał: „Inoczka, Inoczka chodź tu szybko, chodź, twój tato przyjechał!!!” Biegłam, zauważyłam dużą, zieloną ciężarówkę, wychodzili z niej żołnierze, ich mundury wydawały mi się bardzo zielone, dlatego, że były to mundury brytyjskie. Rosyjskie mundury były wówczas bardziej w kolorze piaskowatym, przynajmniej w Rosji. Jeden z żołnierzy otworzył ramiona i biegł w moim kierunku, ja również otworzyłam ramiona, myśląc, że biegnę do ojca, bo z daleka dokładnie nie widziałam, kto to jest. Wpadliśmy sobie w ramiona, a to był obcy człowiek… Konsternacja, powiedziałam: „Przepraszam”, a żołnierz też powiedział: „Przepraszam. Od razu wiedziałem, że to polskie dziecko, po twoim płaszczu, wyglądzie, berecie… I pomyślałem: Chryste Panie, co ona w tych górach wśród Uzbeków robi?”

Okazało się, że przyjechali kwatermistrze dywizji tworzącej się armii generała Andersa, żeby zobaczyć teren, gdzie mogą rozlokować V Polską Dywizję pod dowództwem generała Boruty Spiechowicza. Ja nie wiedziałam, że formuje się wojsko polskie… Nie miałam świadomości, że już częściowo wojsko się uformowało i szuka miejsca, by się przenieść. Żołnierz polski, z którym rozmawiałam, zapytał znów: „Co ty tu robisz, co ty tu robisz???” Powiedziałam mu, że nie mam mamy, że jestem z bratem i przyjechałam tu po naftę do prymusa. Wówczas żołnierz, a był nim kapitan Tadeusz Duński, powiedział: „Mamy w jadłodajni zamówiony obiad. Czy chciałabyś przyjść i zjeść obiad z nami?” Powiedziałam: „Tak, oczywiście.” Miałam ze sobą torebkę, bo byłam dorosłą panną, a w torebce przechowywałam listy od koleżanek, jeszcze z Polski. Czasami je czytałam. To kapitan Tadeusz Duński jechał ze swoją ekipą, razem może 6 żołnierzy.

Podczas obiadu, który jadłam wraz z nimi, podano kotlety mielone, bardzo płaskie i duże. Pomyślałam, że muszę zapakować kotlet i zabrać dla Jurka. Wydawało mi się, że jestem bardzo mądra i sprytna. Otworzyłam torebkę, wyjęłam jeden z listów, położyłam na kolana i rozmawiając z którymś z żołnierzy, popychałam z talerza kotlet, żeby go schować dla Jurka. Żołnierze to zauważyli i jeden z nich zapytał: „Co ty robisz?” Powiedziałam, dlaczego zabieram kotlet i prawie się popłakali… Zaraz zorganizowali cały obiad dla Jurka oraz obiecali mi, że mnie odwiozą. Poinformowałam ich, że przyszłam tu z gospodarzem i bez niego nie wrócę, więc obiecano mi, że on też zostanie zabrany. Żołnierze oznajmili: „Damy ci wszystko, co mamy zapasach.” Dostałam od nich koce, masło w puszkach, chyba amerykańskie „butter”. Kapitan powiedział mi, że jeśli dojdzie do skutku, że cała dywizja przyjedzie do Dżałał-Abadu, przysięga, że do kołchozu, w którym mieszkam, wyśle przynajmniej dwie kampanie, by mnie strzegły. Powiedział: „Będzie tu Kompania Łączności i Kompania Saperów, nie będzie ci źle, zobaczysz.” Odjechali.

Przyszedł pierwszy miesiąc i nic, drugi miesiąc i nic… Wszystkim, co otrzymałam, podzieliłam się z gospodarzem Uzbekiem. Prymus zaczął działać i gospodarz się ucieszył. Żołnierze dali też worki owsa, z którego Uzbecy robili lepioszki, pyszne, chrupiące placki, żona gospodarza je przygotowywała. Minęły miesiące, a polscy żołnierze się nie pojawili. Gdyby nie koce i puszki, pomyślałabym, że to był sen. Gospodarz często pytał: „I co, nie ma ich? Nie ma ich?” Jednak po pewnym czasie przybyli. Przyjechał samochód osobowy. Już od czasu, kiedy mieszkałam w Polsce, nie widziałam osobowego samochodu. Oficer powiedział, że szuka mnie i chce mnie widzieć. Najpierw był to pułkownik Antoni Szymański. Powiedziałam, że jestem Inka Rutkowska i że jestem tu jedyną Polką. Prawie natychmiast wysłano dwóch oficerów do Kokandu, żeby przywieźć moją mamę. Przyszli do mnie, żeby wziąć jakieś ubranie, nie wiedzieli czy tam, gdzie jest mama, będzie możliwość zdobycia ubrań. Zrobiłam węzełek dla mamy. Przygotowywałam dom, sprzątałam, przygotowywałam mamie łóżko, żona gospodarza upiekła lepioszki, miałam też jedzenie z kotła, bo już były kompanie. Żołnierze dawali mi najbardziej tłuste jedzenie. Dzieliłam się wszystkim z gospodarzami. Pamiętam, była suszona ryba, dla nich to rarytas, bo nigdy nie widzieli ryb… Dwaj młodzi oficerowie wrócili i przywieźli mi węzełek z mamy rzeczami. Zaczęłam bardzo płakać, pomyślałam, że mama nie żyje… Oni mówią: „Nie, mama żyje!” Była tak bardzo chora, że wyratowali ją, przewożąc ze szpitala w Kokandzie do Dżałał-Abadu. W tamtejszym szpitalu ją odratowano. Mama była bardzo chora, przeszła dwa razy tyfus i dezynterię w szpitalu w Kokandzie, robili jej nawet trepanację czaszki. Upłynęło kilka dobrych miesięcy, od kiedy byliśmy z mamą w rozłące.

W Dżałał-Abadzie mama była bliżej mnie. Mogłam nawet na piechotę pójść do niej w odwiedziny. Żołnierze na rynku kupowali jej owoce, świeże morele oraz kawony, a ja bardzo lubiłam obfite suszone morele, smakowały jak cukierki. Pamiętam, kiedy mama wróciła ze szpitala, żona gospodarza napiekła placków lepioszków,  a mama powiedziała, że tego jeść nie może, kuły ją w podniebienie, bo były upieczone z owsianych otrębów. Ostatecznie wyszła z choroby, choć jeszcze bardzo długo chorowała w Persji. Wróciła do nas, a kapitan Duński, ten, który mnie spotkał podczas wyprawy po naftę i wówczas myślałam, że to mój ojciec, mieszkał w drewnianym domu nauczyciela. Któregoś dnia przyjechał generał Anders oraz jakiś angielski i rosyjski generał. Razem pojechali w góry, robili manewry wojskowe. Artyleria strzeliła i jedna ściana mojego glinianego domu się rozsypała. Gdy oni wrócili z manewrów, ja się śmiałam i powiedziałam do kapitana Duńskiego: „Dobrze, że mamy saperów!” Zostali wyznaczeni do pracy i naprawili ścianę. Następnego dnia znów były manewry i druga ściana domu, w którym mieszkałam, rozsypała się. Kapitan Duński powiedział do mnie: „To już wystarczy!” Ja się przenoszę do twojego „domku koźlicy”, a ty z mamą i bratem idźcie do mojego mieszkania, czyli do drewnianego domku nauczycielskiego. Niestety, było tam dużo pluskiew, więc tak naprawdę nie wiem, który z domów był lepszy…

Któregoś dnia, już po mamy powrocie do nas, przyjechał adiutant generała Boruty Spiechowicza i powiedział mi: „Generał chce cię widzieć. Jest w Suzuku” – czyli w mieście, gdzie spotkaliśmy się, kiedy poszłam z gospodarzem po naftę. Zostałam zawieziona do generała, on wziął mnie na bok i powiedział: „Przysięgnij mi, że nikomu słowa nie powiesz, o tym, co teraz ci przekażę.” Odpowiedziałam: „Przysięgam!” A generał dodał: „Nawet mamie, nikomu!” Powiedziałam mu, że nie wyobrażam sobie, by czegoś nie powiedzieć mamie… A generał powiedział do mnie: „Inka, nikomu nie powiedz ani słowa!” Pomyślałam: „Boże, co to będzie..?” Generał Spiechowicz oznajmił: „Jutro wyjeżdżamy za granicę. Nikt nie ma prawa o tym wiedzieć!” Wówczas było już bardzo dużo ludności cywilnej, która zjechała z Syberii i zatrzymała się w pobliżu obozu V Dywizji.

Dlaczego nie chciano, by ktoś się dowiedział o Waszym wyjeździe?

Bo wszyscy zostawali, generał Boruta Spiechowicz jechał za granicę tylko z przyboczną gwardią i małą garstką cywili.

Dopiero tu, w Penrhos, po wielu, wielu latach dowiedziałam się, że generał jechał wtedy do Wielkiej Brytanii, a konkretnie do Szkocji, by organizować I dywizję. Później tą dywizją dowodził słynny generał Stanisław Maczek. Mój mąż jako młody oficer służył w niej, stacjonował w Szkocji, a następnie brał udział w słynnej bitwie o Normandię. Anglicy do dziś uroczyście obchodzą rocznicę tej bitwy i zwycięstwa nad Niemcami.

Kiedy nad ranem przyjechaliśmy do pociągu, generała na stacji żegnały oddziały i orkiestra V dywizji. My byliśmy radośni, bo dostaliśmy cały przedział w pociągu, choć niestety tam też były wszy. Otrzymaliśmy po bochenku chleba na drogę, a do picia wrzątek z kranu – kipiatok. Na stacjach biegliśmy, by znaleźć krany i znów nabrać wrzątku, ale jak już miało się kipiatok i chleb, to człowiek nie umarł. Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy… Generał nie chciał, żeby ludzie dowiedzieli się, że wyjeżdża, by nie było paniki. Chciał opuścić miejsce po cichu… My jechaliśmy z nim jako pierwsi przez współczucie nad nami, małymi dziećmi i chorą matką. Dojechaliśmy aż do Pahlevi, gdzie na plażach Anglicy nas odwszawiali. Nie byliśmy tam długo. Przyjeżdżały też inne transporty z Rosji.

 

2

Alina z bratem Jerzym Rutkowskim

 

Proszę jeszcze powiedzieć, jak wyglądało pożegnanie z gospodarzem Uzbekiem?

Powiedziałam, że wyjeżdżamy, wszystko, co było po nas, to zostało, co ja miałam? Niewiele! Z resztą po wspominanych manewrach już nie mieszkałam u gospodarza, lecz w jedynym drewnianym domku, który znajdował się przy meczecie. Poszłam się pożegnać, podziękowałam za wszystko i on mi za wszystko podziękował. Na odchodne, zostawiłam mu prymus.

Wyruszyliście w kolejną podróż…

Z Pahlevi przewieźli nas wraz z mamą do Teheranu. Drogę pokonywaliśmy podziwiając piękne krajobrazy, przełęcze i góry. W Teheranie mieszkaliśmy w namiocie, było w nim kilka rodzin. Któregoś dnia zaczepiła mnie pewna pani i zapytała: „Czy ty może masz na imię Inka? Czy twój ojciec ma na imię Jan?” Potwierdziłam, że tak, a kobieta ta powiedziała: „Ja pracowałam dla twego ojca, on był bardzo dobry dla mnie. Słyszałam, że twoja mama jest bardzo chora, ale nie wiedziałam, że to ty jesteś tą Rutkowską, u której ojca pracowałam…” Kobieta powiedziała, że jest kierowniczką ewidencji i pracuje w obozowym biurze oraz, że wie, że jestem za młoda, by wziąć mnie do pracy. Następnie zaprosiła mnie do biura i powiedziała: „Pokaż mi, jak ty piszesz?” Stwierdziła, że mam ładny charakter pisma i że zatrudni mnie jako moją mamę (ja nie miałam żadnych pieniędzy…). Moje koleżanki, kiedy się dowiedziały, że pracuję w biurze obozowym, zaczęły ze mnie kpić, mówiły: „Patrzcie, patrzcie, idzie wielka urzędniczka…” Starsze kobiety mówiły: „Słuchajcie, ona już nigdy w życiu do szkoły nie pójdzie, bo teraz do głowy uderzyła jej woda sodowa!”

Co działo się wtedy z Pani mamą?

Mama była bardzo chora i zaraz trafiła do szpitala, a ja nadal zajmowałam się bratem. Kiedy odwiedziłam ją w szpitalu, podszedł do mnie lekarz, Żyd i zapytał, czy jestem jej córką. Powiedział mi: „Leć szybko po swego księdza, bo ona rana nie dożyje.” Pamiętam, pobiegłam po księdza, którego poprosiłam, by poszedł do mamy i udzielił jej sakramentu namaszczenia chorych. Kiedy mama przyjęła sakrament, od tego dnia stan jej zdrowia się poprawił. Jeden lekarz powiedział mi, że najlepszym lekarstwem dla mojej mamy będą kawony (arbuzy). Pracując w biurze obozowym, zaczęłam trochę zarabiać i kupowałam mamie owoce oraz inną żywność, to, co mama chciała, a ona z dnia na dzień czuła się lepiej i wracała do zdrowia. W końcu wyszła ze szpitala, był to już 1943 rok, wiosna. Nareszcie mama zaczęła się dobrze czuć i odrosły jej włosy. Wcześniej, w Kokandzie ogolono jej głowę. Obawiała się, że włosy, jeśli w ogóle jej odrosną, to będą siwe, a stało się inaczej, odrosły jej czarne włosy. Kiedy mama wróciła jeszcze bardziej do zdrowia i do życia w obozie, zdecydowała: „Ty idziesz do szkoły, a ja siadam na twoje miejsce w biurze i przejmuję pracę!”

I tak się stało. Poszłam do szkoły. Moje koleżanki nadal kpiły sobie ze mnie, nie mówiły do mnie: „Inka”, tylko: „Pani Urzędniczko…” Później zaprzyjaźniłyśmy się, miałam trzy koleżanki, z którymi przyjaźnie przetrwały. Z dwiema z nich przetrwały aż do ich śmierci.

W Teheranie uczęszczaliśmy do szkoły polskiej, na świeżym powietrzu. Na samym początku byłam w teherańskim obozie numer 1, był on obozem przejściowym. Później byliśmy w obozie numer 3, który znajdował się w dawnych ogrodach Szacha. Ogrody były zaniedbane, ale rosło w nich dużo owoców, szczególnie pamiętam figi i granaty. Naokoło były wysokie góry i piękne krajobrazy. Szach, ówczesny władca Persji, był nam bardzo przyjazny.

 

3

Alina Rutkowska (Złotogórska), Iran – Teheran

 

Dokąd udaliście się z Teheranu?

Razem z koleżankami z Teheranu trafiłyśmy do Palestyny. W 1943 roku na jesień, wbrew woli mojej mamy, a moje koleżanki wbrew woli ich matek, zapisałyśmy się do wojska generała Andersa. Wyglądało to tak, że inne mamy mówiły: „Jak Inki mama pozwoli, to może ja pomyślę…” Wszystkie kłamałyśmy i mówiłyśmy mamom koleżanek, że mamy zgodę swojej mamy, a tak naprawdę, żadna matka nie chciała dać zgody! Do wojska zapisałyśmy się we trzy. Trzeba było mieć 16 lat. Mi brakowało wymaganego wieku, znalazłam gdzieś cenzurkę z polskiej szkoły, na dacie urodzenia zrobiłam kleksa i wpisałam nową datę: „Rok urodzenia 1927.” Takim sposobem miałam już 16 lat, a naprawdę miałam lat 15. Obie koleżanki miały 16, ale była też jedna, jeszcze młodsza ode mnie i też dopisała sobie lat. Ona obecnie mieszka w Polsce, jest lekarką, mamy kontakt telefoniczny.

Szkołę Junaczek zmieniono później na Szkołę Młodszych Ochotniczek i liczebnie bardzo się rozrosła. W sumie przeszło przez nią około 1500 uczennic. Była też maleńka Szkoła Powszechna dla tych uczniów, których matki pracowały i miały młodsze dzieci, poza tym, były gimnazja, 3 licea: humanistyczne, które ja skończyłam, oraz pedagogiczne i handlowe… W Nazarecie miałyśmy piękny budynek. Mój pokój dotykał poprzez ścianę kościoła Świętej Rodziny, inni nazywali go kościołem świętego Józefa. Z drugiej strony obok była bazylika Zwiastowania. Nasz budynek był trzypiętrowy, w kolorze żółtym. Zakonnicy mieszkali w suterenach, nie byli to Polacy. Jeden z nich, zdaje się Słowak, gdzieś wyjeżdżał i napisał mi obrazek z dedykacją, który mam do dziś, żebyśmy wróciły „do naszej ukochanej, wymarzonej Polski…”

Wcześniej, zanim dotarłyśmy do Nazaretu, mieszkałyśmy w małej arabskiej miejscowości, która nazywała się Jenin, było to bardzo malaryczne miejsce. Było w nim pełno malarycznych komarów i chorowałyśmy na malarię. Dopiero po przyjeździe do Anglii pozbyłam się na stałe tej choroby.

 

4

Alina Rutkowska (Złotogórska) – pierwsza z lewej strony

 

5

Alina Rutkowska (Złotogórska) – uczennica

 

Czy miała Pani możliwość zobaczyć inne oprócz Nazaretu miejsca?

W Palestynie tak, byłyśmy wszędzie. Często organizowano nam wycieczki angielskimi ciężarówkami i z angielskimi kierowcami, gdyż tam stacjonowali Anglicy. Polskiego wojska już nie było, wówczas Wojsko Polskie było już we Włoszech. Bardzo często jeździłyśmy do Tyberiady nad Jezioro Genezaret. Palestyna dla nas była rajem. Po tym, co przeżyliśmy w Rosji, to było „wyjście z piekła do raju.” Ani jeden pocisk nie spadał, ani samolot wojskowy nie leciał. Jeśli chodzi o jedzenie, mieliśmy angielski porridge, a jeśli chodzi o mięso, było dużo baraniny. Mieliśmy też pod dostatkiem owoców różnego rodzaju, których Arabowie dawali pół worka w zamian za jednego papierosa. Kiedy mama pracowała w Barbarze, na samym południu Palestyny, niedaleko Gazy, tam był „raj”. Wszystko było dostępne, sklepy w Tel Awiwie, czy w Hajfie, żydowskie, dobrze zaopatrzone, można było dostać wszystko, choć my oczywiście tylko podziwiałyśmy przez szybę… Jeśli chodzi o pogodę, była piękna, kiedy był upał, zamykano szkoły i biura.

 

6

Alina Rutkowska (Złotogórska) wśród szkolnych koleżanek (druga z prawej strony), 08.04.1944 r.

 

Jakie wrażenia zrobiły na Pani te niezwykłe palestyńskie miejsca?

To, że tam byłam przez pięć lat, doceniłam bardziej, kiedy już opuściłam Palestynę. Największe wrażenie zrobiło na mnie przeżycie pasterki w Betlejem. Daleki kuzyn mamy w wigilię 1943 roku, przed działaniami we Włoszech, był w Palestynie. Wówczas część wojska dotarła już do Włoch, a część była jeszcze w Palestynie, wśród nich właśnie, wspomniany, daleki kuzyn mamy. Dowiedział się, że ja też przebywam w Palestynie. Zadzwonił do mojej komendy i poprosił, że chciałby mnie zabrać na Boże Narodzenie do siebie. Powiedziałam, że ja bez mojej przyjaciółki nie pojadę. Jako dziewczyna wstydziłam się sama jechać do wojska, do mężczyzn. Ostatecznie stanęło na tym, że wraz z moją przyjaciółką, która obecnie mieszka w Polsce, pojechałyśmy na wigilię i na święta. Pamiętam, że jechałyśmy jeepem do Betlejem na pasterkę. Już wspominałam, że jeszcze część Wojska Polskiego stacjonowała w Palestynie i właśnie całe to wojsko pojechało na pasterkę do Betlejem. Jak oni „gruchnęli” te polskie kolędy, przyznam, byłam jeszcze młoda, człowiek wtedy wszystkiego nie odczuwa, tak jak wówczas, gdy jest starszy, ale ja tak bardzo wtedy płakałam, z jakiegoś szczęścia, że tam jestem… I tę chwilę będę pamiętać do końca życia! Msza odbywała się w języku polskim, to była nasza, polska pasterka. Kolejnym miejscem, które zrobiło na mnie duże wrażenie, jest Ogród Oliwny.

W Jerozolimie są też dwie stacje drogi krzyżowej ufundowane prze Wojsko Polskie, a w Nazarecie tablica upamiętniająca naszą szkołę, która mieściła się w pięknym klasztorze franciszkańskim. Nie wiem, jak to zrobili Anglicy, ale wszystkie nasze licea i gimnazja były w pięknych budynkach i domach zakonnych, które wszystkie były białe. Wówczas w Nazarecie mieszkali tylko Arabowie. Pamiętam, gdy ja tam mieszkałam, Nazaret był maleńkim miasteczkiem arabskim, ozdobionym klasztorami i kościołami, które były piękne. Gdy się szło od nas na górę, był kościół Salezjanów, przy nim mieszkali młodzi chłopcy, między innymi mój brat Jurek. Mama wstąpiła do wojska, prosiła, żeby być blisko brata, który był chorowity. Kiedy Jurek skończył naukę w Nazarecie i rozpoczął Szkołę Kadetów w Barbarze, moja mama dostała tam etat. Bardzo szybko pisała na maszynie, dlatego łatwiej było jej otrzymać pracę. W czerwcu w 1947 roku zdałam maturę i w tym samym roku dotarłam do Anglii.

 

7

W Tyberiadzie, dziewczęta ze Szkoły Młodszych ochotniczek wśród pomarańczy

 

8

Matura z łaciny w Szkole dla polskich dziewcząt w Nazarecie, 1947 r.

 

9

Po maturze… Alina Rutkowska (Złotogórska), druga od prawej strony. Palestyna, 08.06.1947 r.

 

10

Dziewczęta ze Szkoły Młodszych Ochotniczek w Nazarecie wraz z generałem Andersem. Alina Rutkowska (trzecia z prawej strony)

 

11

Generał Anders z wizytą w Nazarecie

 

Proszę opowiedzieć jeszcze o zakończeniu wojny. Jak świętowaliście ten czas?

Bardzo płakałyśmy, a najwięcej wówczas, kiedy dowiedziałyśmy się o postanowieniach w Jałcie. Bo byłyśmy tak pewne, ale tak bardzo pewne, że my po skończeniu wojny pojedziemy do Polski wolnej i niepodległej! To było takie oczywiste!

Jurek razem z Kadetami pojechał do Anglii, a my z mamą byłyśmy jeszcze w wojsku, w Palestynie. Pułkownik - dowódca wszystkich Szkół Wojskowych na Środkowym Wschodzie powiedział do mamy, że Inka już powinna z Nazaretem skończyć, bo jest już absolwentką oraz że młodzież z Nazaretu pojedzie w jedną stronę Anglii, chłopcy będą gdzie indziej, a jak mama przyjedzie do Anglii, będzie jeszcze gdzie indziej, „a przynajmniej jak przyłączą Inkę do mamy, to będzie jej ciągnąć bagaże.” I tak się stało, płakałam, ale musiałam opuścić Nazaret i dotarłam tam, gdzie byli Kadeci, czyli do Barbary. Trochę pracowałam, byłam „prawą ręką” dyrektora nauczania, a moja praca polegała na tym, że przydzielono mi dwóch żołnierzy i pakowaliśmy wszystkie książki do Anglii.

Wtedy było już wiadomo, że na pewno pojedziecie do Anglii?

Tak, było wiadomo, dlatego że na całym Środkowym Wschodzie skończył się angielski protektorat! Poza tym rozpoczęła się wojna między Żydami a Arabami. Na głównych drogach, które były piękne i dobrze zbudowane, pomiędzy gajami pomarańczowymi, pozakładali tak strasznie cienkie druty, że gdy jeep jechał szybko, to druty obcinały ludziom głowę… Anglicy na wszystkich jeepach zrobili specjalne stalowe pręty, które przecinały te druty. Angielski mundur był naprawdę niebezpieczny… do tego stopnia, że w szkole mówiono nam: „Jeśli jedziesz do jakiegoś żydowskiego miasta, to pamiętaj, żeby założyć strój cywilny.” Prawie wszyscy Żydzi mówili po polsku, zwłaszcza w Tel Awiwie. Nas traktowali różnie, czasem byli życzliwi, dali lody za darmo lub coś słodkiego, a czasem wyzywali nas: „Ty polska świnio..!”, zachowanie zależało od człowieka. Dolna, portowa Hajfa była miastem arabskim, brudnym i cuchnącym, Hajfa górna to miasto żydowskie, cudne, czyste z pięknymi sklepami, warto było oglądać.

Wróćmy jeszcze do momentu, kiedy już książki były spakowane…

To wtedy wyjechali z Palestyny uczniowie jednej szkoły, potem drugiej i kolejni. Potem przyszła brytyjska hinduska Armia, objęli miejsce, gdzie stacjonowaliśmy, a nas przeniesiono do Egiptu. Byliśmy transportowani wojskowymi pojazdami. W Egipcie byłam od lata 1947 roku aż do późnej jesieni tego samego roku, w polskim obozie wojskowym nad Suezem. Obóz nazywał się Quasafin. Czekaliśmy na wyjazd do Anglii. Wraz z mamą zwiedzałam Kair, miasto brudne i śmierdzące, podobały mi się tylko drogie, eleganckie ulice oraz kawiarnie  centrum miasta…

A droga do Wielkiej Brytanii? Jak wyglądała?

Nasza grupa składała się z około 50 kobiet w wieku mojej mamy. Należała do niej również córka innej pani, też w moim wieku, dwie lub trzy panie, które miały 28, 30 lat, ja oraz koleżanka. Kiedy dotarliśmy do statku, „Anglicy chwycili się za głowę…” Powstały pytania, gdzie nas ulokować, my nie byłyśmy oficerami, ale byłyśmy w wojsku. Nie mogli dać nas do żołnierzy, bo byłyśmy kobietami, a statek był już prawie pełen. Górną część statku zajmowali tylko oficerowie. Brytyjczycy zastanawiali się, co robić… nas było około 50. W końcu powiedzieli, że ulokują nas razem z oficerami. Na Morzu Śródziemnym były miny. Przemieszczaliśmy się w konwoju, pierwszy okręt torował nam drogę. Płynęłyśmy w luksusach… Przez cały czas na Środkowym Wschodzie byliśmy utrzymywani przez Wielką Brytanię. W szkołach junackich uczyliśmy się języka angielskiego po dwie godziny dziennie, ale brakowało praktyki, ja wstydziłam się mówić. Młodzi Anglicy oficerowie, a było ich wielu, chcieli się tylko bawić, a nas babek do tańca było tylko cztery na całym okręcie (śmiech…). Tańczyliśmy i ciągle był „odbijany”. To był już prawie październik, a na Morzu Śródziemnym cały czas utrzymywała się cudowna, słoneczna pogoda… Gdy przepłynęliśmy Zatokę Biskajską, wszyscy byli chorzy, oprócz mnie i mamy. Całe kasyno oficerskie opustoszało. Zarzucało statkiem. W końcu przypłynęliśmy do Liverpool…

Jakie pierwsze wrażenia zrobiła na Pani Anglia?

Okropne! Szare niebo, szare morze, szarzy ludzie, budynki. Na Środkowym Wschodzie Anglik był eleganckim „panem”. A tu patrzę, ci dokerzy, którzy nosili worki na plecach… jak strasznie wyglądali! Nie chciało mi się uwierzyć, że to są Anglicy, nie chciało mi się schodzić na ląd… Powiedziałam do mamy: „Ja nie wysiadam, jedźmy do Polski, do Polski!” Mama odpowiedziała: „Dotarłyśmy do Anglii, twój brat przybył tu wcześniej. Jurka nie zostawimy samego, jest w okolicach Cambridge, schodzimy na ląd, zobaczymy się z nim, zobaczymy, co tu się dzieje i wtedy zadecydujemy. I zadecydowałyśmy, że zostajemy. To była mamy decyzja. Uważam, że dobra, bo nie wiadomo, co by się z nami stało, gdybyśmy wrócili do Polski…

Gdzie zamieszkaliście i jak wyglądały Wasze pierwsze lata w Wielkiej Brytanii?

Zamieszkiwaliśmy w obozie wojskowym, zorganizowanym przez Polski Korpus Przysposobienia Wojskowego. Zrobiono wojskowe obozy, by przystosować wojsko do życia cywilnego. Trafiłam do obozu koło Herefordu, niedaleko walijskiej granicy. W czasie wojny były tam duże obozy, gdzie stacjonowali Kanadyjczycy, były obozy lotników oraz takie gdzie uczono lotników latania. Nasz obóz był pięknie położony. Było w nim dużo ludzi, którzy go opuszczali, kiedy znaleźli pracę lub kiedy jechali do rodzin, by się połączyć. Do obozu przyjeżdżali też różni pracodawcy z ofertami pracy. W wojskowym obozie moja mama prowadziła pocztę, a mnie zaangażowano do magazynu żywności, prowadzonego dla kobiet. Następnie obóz został przekształcony na typowo oficerski, gdzie zorganizowano kilka dobrych kursów dla wojska. Kursy prowadzone były dla oficerów, uczyli się różnych fachów na przykład kreślarstwa czy fotografii. Było chyba 4 czy 5 różnych kursów. Poznałam młodego oficera, po pewnym czasie się zaręczyliśmy. On został przeniesiony do Szkocji, potem na południe Anglii, ale od czasu do czasu się spotykaliśmy. Ja miałam w Anglii kuzyna, ożenił się z Angielką i mieszkał w Derby. Był to mój bliski krewny, jego mama i mój tato to rodzeństwo. Kuzyn namawiał mnie, żeby przyjechać i mieszkać u niego i żony, byli bezdzietnym małżeństwem.

Nasz ślub odbył się 26 grudnia 1948 roku w drugi dzień świąt w Derby, w angielskim kościele. Mąż zadzwonił do księdza rektora do Londynu, że potrzebujemy księdza, który jest Polakiem. Ksiądz rektor przysłał na jeden czy półtora dnia księdza Lepicha, który pobłogosławił nasze małżeństwo. Na ślubie była moja mama z bratem oraz kuzyn Tadeusz z żoną. Mój mąż nie miał tu nikogo z rodziny, ale miał kolegów z pułku. Choć w tamtym dniu była wielka mgła, udało się im dotrzeć na nasz ślub. Przyjęcie zorganizowaliśmy u kuzyna Tadeusza. Jego żona zamówiła tort. Były trudne czasy, wszystko na kartki, gdyż przez całą wojnę nie było dowozu żywności, a przecież do Wielkiej Brytanii wiele żywności jest dowożone. Podczas wojny okręty były bombardowane lub minowane, a samolotów wówczas nie używano do transportu żywności.

Po ślubie na krótko zamieszkaliśmy w Derby, a następnie przenieśliśmy się do Nottingham, gdzie mieszkało wielu kolegów męża, którzy byli młodymi ludźmi. Nic chyba tak nie łączy młodych chłopców, młodych ludzi jak „akcja”. Oni byli razem w akcji przez długi czas, kiedy szli z Normandii na Belgię i na Niemcy. Męża oddział doszedł aż do Hamburga. Jedni ginęli, inni byli ranni, a pozostali dotarli do Nottingham. Potem jedni drugich tu sprowadzali. My jeździliśmy do Nottingham i przed ślubem i po ślubie, bo dla mojego męża koledzy to była rodzina. Po przeprowadzce mieszkałam tam przez 60 lat. Mój brat Jurek mieszkał w Ameryce i bardzo nas namawiał, by przeprowadzić się za ocean, ale mąż nie chciał. Tu miał dobre stanowisko i kolegów. Ja też pracowałam i dobrze się czułam w tym, czym się zajmowałam zawodowo. Po pewnym czasie jednak postanowiliśmy, że może się przeprowadzimy, ale najpierw odwiedzimy brata, by nie jechać w ciemno. Niestety, nie zdążyliśmy. Mąż zmarł nagle w krótkim czasie w 1964 roku, w tym samym tygodniu, kiedy zmarła moja mama, miałam pogrzeb za pogrzebem…

 

12

Dzień ślubu, Alina i Henryk Złotogórscy

 

12a

Ślub w Derby, 26.12.1948 r.

 

Wspomniała Pani o śmierci męża i mamy, a co stało się z Pani tatą?

Zginął w Katyniu. Zobaczyłam jego imię i nazwisko na liście katyńskiej, ale dopiero w latach 80. Kiedy już Gorbaczow sprawował władzę w Rosji, oddał listę, nie wiem dokładnie czy kompletną, czy była tylko jedna, ale to wówczas dowiedziałam się, że mój ojciec jest na liście… Minęło wiele lat... ciągle modlę się za zmarłego ojca i zamawiam intencje Mszy Świętej.

 

13

Henryk Złotogórski, mąż Aliny Rutkowskiej (Złotogórskiej)

 

Kto obecnie należy do grona Pani najbliższych?

Mam jedną córkę Basię, zostałyśmy obie… Aktualnie córka mieszka w Londynie. Mam dwójkę wnuków, Kamilę i Maćka, oraz trójkę prawnuków. Moje wnuki, oboje bardzo dobrze mówią po polsku. Kiedy kilka dni temu rozmawiałam z wnuczką przez telefon i coś powiedziałam do niej po angielsku, bo akurat przyszedł do mnie pracownik domu w Penrhos, stanął  w drzwiach, dlatego użyłam języka angielskiego, wnuczka zapytała: „Babciu, dlaczego ty do mnie mówisz po angielsku?”

Mieszkała Pani w Nottingham przez 60 lat. To bardzo długi odcinek życia. Proszę opowiedzieć, w jaki sposób było tam zorganizowane życie parafialne i jak Pani w nim uczestniczyła?

Byłam bardzo zaangażowana w życie parafialne, choć na początku nie miałam możliwości, bo miałam małe dziecko i również możliwości finansowe mi nie pozwalały. Mieszkałam bardzo daleko od parafii, na obrzeżach miasta, od południowej strony Nottingham. Była to malownicza wioska, później włączona do Nottingham, urocze miejsce - Edwalton. Do parafii polskiej, która znajduje się na północy miasta, trzeba było długo jechać. Gdy jechało się miejskim środkiem transportu, to długo trwało i zabierało dużo czasu. Po wojnie w Nottingham parafia polonijna była bardzo prężna. Pięć tysięcy Polaków uczęszczało na Msze Święte. Od początku, musieliśmy używać katedrę pod wezwaniem św. Barnaby i tam nasi księża pracowali. Później kupiliśmy pierwszy dom, żeby ksiądz gdzieś mógł zamieszkać. Jak wspominałam, ja początkowo nie mogłam się angażować, ze względu na opiekę nad dzieckiem. Uczęszczałam na Mszę Świętą, a moja córka w polskiej parafii przyjęła sakramenty święte. Kiedy Basia dorosła i studiowała, wówczas zaczęłam bardziej angażować się w życie parafialne. Dla parafii kupiliśmy następny dom. Oba domy były stare, w typowo angielskim stylu, z dużymi ogrodami, miały dużo pokoi na dole i na górze, a pomiędzy nimi wybudowano salę ze sceną, gdzie zaczęto odprawiać Msze Święte w języku polskim i w katedrze też była Msza. Polonia często spotykała się ze sobą.

Jak byliście odbierani przez Anglików?

Bardzo dobrze, główny Lord Mayor z Nottingham mówił, że Anglicy powinni brać z nas przykład. Byliśmy bardzo dobrze zorganizowani, działało harcerstwo, były zbiórki dziewcząt i chłopców, odbywały się mecze siatkówki i piłki nożnej, istniało Koło Młodzieży Polskiej.

 

14

Zjazd byłych uczniów Szkół Junackich i Młodszych Ochotniczek w Kanadzie, 1972 r.

 

15

Zjazd Szkół Junackich i Młodszych Ochotniczek, Kanada 1987 r.

 

Odwiedzała Pani Polskę?

Byłam tylko raz w 1971 roku. Najpierw pojechałam do Warszawy, do mojej cioci. Nie mam w Polsce nikogo z rodziny, a podczas jedynego pobytu zraziłam się bardzo… Trudno było cokolwiek załatwić, pytano: „A po co, a co chce?” Kiedy w sklepach coś oglądałam słyszałam: „To nie muzeum, tu się kupuje!” Moja ciocia w Warszawie mieszkała w dużym budynku, na dole którego były sklepy, galanteryjny sklep i inne. Weszłyśmy do jednego z nich. Byłam świadkiem sytuacji, kiedy dwie młode dziewczyny chciały kupić torebkę. Sklepowa podała im jedną, po obejrzeniu któraś z dziewcząt powiedziała: „Proszę pani, czy mogę jeszcze tę inną zobaczyć?” Sklepowa „wsiadła” na nią: „To nie muzeum, tu się kupuje, to nie jest do oglądania!” Ja powiedziałam wówczas do cioci dość głośno: „Wiesz co, u nas taka to by wyleciała z pracy natychmiast!”

Dam inny przykład, odwiedziłam moją przyjaciółkę z czasów Teheranu, lekarkę w Zakopanem. Ona bardzo krępowała się zapytać mnie, czy mam już załatwiony bilet do Warszawy, wiedziała, że muszę za parę dni lecieć do Anglii, bo kończy mi się urlop. Kiedy ona odwiedzała mnie w Wielkiej Brytanii, z inną koleżanką, żartując pytałyśmy: „Jak Ci się podoba zgniły Zachód?” A teraz przyjaciółka krępowała się powiedzieć: „Idź, załatwiaj bilety do Warszawy, bo nie dasz rady polecieć do Londynu na czas…” W końcu razem poszłyśmy w Zakopanem do Orbisu. Koleżanka mi towarzyszyła, zawsze była bardzo grzeczną i kulturalną osobą. Zapytała, czy są bilety do Warszawy i usłyszała: „Nie ma!” Zapytała: „Czy może jest nocny pociąg?” Znów usłyszałyśmy: „Nie ma!” Wreszcie zapytała o pociąg pierwszej klasy, czy może będzie do Warszawy i znów usłyszała: „Nie ma!” Ja miałam dobry humor. Przed tym wydarzeniem przyjechał do domu mojej przyjaciółki i jej męża ich znajomy, rozbawiał nas kawałami, więc zaczęłam się śmiać i powiedziałam głośno, że pójdziemy na pocztę, nadam telegram do Londynu: „Nie mogę wrócić do pracy, bo nie ma połączenia w Polsce z Zakopanego do Warszawy!” Na co pracowniczka Orbisu zareagowała mówiąc: „Przepraszam panią, czy nie chciałaby pani jechać do Warszawy nocnym pociągiem, pierwszą klasą?” Zdziwiłyśmy się, bo przecież przed chwilą o to pytałyśmy i usłyszałyśmy: „Nie ma!” Okazało się, że pociąg był prawie pusty… Jak ja po takich doświadczeniach mogłam dobrze myśleć o ludziach w ojczyźnie??? Byłam wtedy pierwszy i ostatni raz w Polsce.

A w rodzinnych stronach była Pani wówczas?

Urodziłam się w Kutnie, ale mieszkaliśmy na Wileńszczyźnie, moje życie było na tamtych ziemiach krótkie. Ojciec był urzędnikiem, Piłsudczykiem, więc awansował i dostał ziemię. Mama zmarła w 1964 roku i już nie odwiedziła Polski. Brat, jak wspominałam, wyjechał do Ameryki, również nie udało mu się odwiedzić Polski, a ja często odwiedzałam go Stanach Zjednoczonych wraz z córką.

W Penrhos mieszkam ponad siedemnaście lat. Z mojej szkoły z Nazaretu było nas tu 22, a obecnie jest nas tylko 3.

Dziękuję za rozmowę.

siostra Halina Pierożak, Misjonarka Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej, 19.10.2020 r.

Pani Alina Inez Złotogórska wyraziła zgodę na publikację ww. wywiadu.