Jolanta Wacławska – Laconitis – urodziła się w Radomyślu Wielkim w 1958 roku. W roku 1977, jako dziewiętnastolatka, wyjechała na studia do Rumunii. Tam poznała swojego męża Greka.

W roku 1985 na stałe przeprowadziła się do Aten. Pracując jako tłumacz języka greckiego i rumuńskiego, pomagała w adopcji dzieci z sierocińców po upadku dyktatury w Rumunii. Od 23 lat poświęca się pracy w polskiej szkole w Atenach.

Urodziłam się w 1958 roku w Radomyślu Wielkim, pięknym miasteczku, obecnie znajdującym się w województwie podkarpackim. Prawa miejskie zostały mu nadane przez Stefana Batorego w XVI wieku na sejmie w Warszawie. Mieszkała tu społeczność żydowska i katolicka.

W 1873 roku o parafianach z Radomyśla tak napisał ks. Stanisław Augustyniak: „Daleko i szeroko szukać trzeba miasteczka, które by pod względem handlowym było tak rozwinięte jak Radomyśl. Handel w Radomyślu ogranicza się na samą trzodę, czyli jak nazywają na „towar”. W Radomyślu dwie klasy mieszkańców istnieją: arystokracya i klasa rzemieślnicza. Do arystokracyi należą kupcy, i ci prawie nigdy swego syna nie żenią z córką rzemieślnika, ni też córki nie wydają za rzemieślnika, tylko związki małżeńskie zawierają po największej części między sobą, rzadko nawet pojmują żony z obcego miejsca, gdyż takowe małżeństwa jak sami twierdzą, nie udają się.”

Mimo że pochodzę z Radomyśla, moja przyszłość potoczyła się zupełnie inaczej niż opisuje ksiądz Augustyniak. Mój przyszły mąż nie pochodził z Radomyśla Wielkiego ani nawet okolic, ale „z obcego miejsca”, z innego kraju.

II wojna światowa i zagłada Żydów zmieniła oblicze miasta, które zostało bardzo zniszczone. Czasy powojenne i ciągła odbudowa Radomyśla nadały mu obecny kształt. Do tej przeszłości w Radomyślu Wielkim nawiązuje cmentarz żydowski i postawiony tam obelisk upamiętniający tragedię z 1942 roku. Pięknym zabytkiem jest kościół parafialny pw. Przemienienia Pańskiego z XVIII wieku oraz figura Matki Boskiej z Lourdes z XIX wieku.

 

1

 Zdjęcie ślubne rodziców Jolanty Laconitis (Wacławskiej)

 

Moja mama pracowała jako urzędniczka w Urzędzie Pocztowym w Radomyślu Wielkim, a tato dojeżdżał do oddalonego o 17 km Mielca, w którym znajdowały się największe zakłady lotnicze w Polsce – WSK Mielec. Produkowano tam samoloty na licencji radzieckiej. Mieszkałam wraz z rodzicami i młodszym bratem w dużym, drewnianym, przedwojennym domu rodzinnym mojego taty. Dom miał wielkie podwórze, a obok piękną łąkę. Idealne miejsce do zabawy po powrocie z przedszkola, a później ze szkoły. Zabawy odbywały się z dziećmi, które mieszkały w sąsiednich domach na tej samej ulicy.

 

2

 Zmęczeni, ale radośni- po procesji Bożego Ciała, 1964 r.

 

Jakie są Pani wspomnienia z czasów szkolnych?

W 1965 roku rozpoczęłam naukę w 8-letniej szkole podstawowej w nowo wybudowanym budynku. W ówczesnych czasach była to szkoła marzeń, której celem było wyrównanie szans młodzieży miejskiej i wiejskiej. Szkoła dysponowała pracowniami przedmiotowymi, pracowało w niej 30 nauczycieli, prowadzone były zajęcie pozalekcyjne. Często wyjeżdżaliśmy na klasowe wycieczki krajoznawcze. Poznawaliśmy nasz kraj, jego historię, a zarazem była to dla nas wielka rozrywka. Lekcje religii prowadzone były przez księdza w „punkcie” katechetycznym, w pomieszczeniach parafialnych. Wszyscy uczniowie z mojej klasy uczęszczali na religię. Spora część naszego życia toczyła się wówczas wokół Kościoła. W każdą niedzielę po śniadaniu, odświętnie ubrani, szliśmy całą rodziną na Mszę Świętą. W zabytkowym kościele w Radomyślu zostałam ochrzczona, przyjęłam I Komunię Świętą i sakrament bierzmowania. Moi rodzice nie należeli do partii komunistycznej i nie byli represjonowani za udział w życiu kościelnym, przynajmniej ja jako dziecko, nie zauważyłam tego.

 

3

Pierwsza Komunia Święta, 1967 r.

 

W Radomyślu Wielkim nie było żadnej szkoły średniej. Moi rodzice na kilka lat przed ukończeniem przeze mnie szkoły podstawowej zapisali się do spółdzielni mieszkaniowej w Mielcu, wpłacając odpowiedni wkład finansowy. W roku 1973 otrzymaliśmy przydział na mieszkanie w bloku M-4, tzn. na cztery osoby. Mieszkanie miało 50 m kwadratowych i mały balkon. Tak jak pisał w wierszu Stanisław Barańczak „Każdy z nas ma schronienie w betonie, oprócz tego po jednym balkonie." Moje pierwsze wrażenie związane z nowym miejscem to, że jest bardzo małe w porównaniu z naszym „starym” domem. Znajdowało się na dobrym osiedlu, obok stadionu Stali Mielec, basenów, sklepów i szkół. W latach 1973-1977 uczęszczałam do II Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika, do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Szkoła była olbrzymia, ilość uczniów przekraczała 800, poziom nauczania był bardzo wysoki. Bardzo dużo czasu poświęcałam nauce.

 

4

Podczas rodzinnego spaceru po pięknym i dużym Rynku w Radomyślu, 1965 r.

 

W PRL-u drugim najważniejszym świętem państwowym obok Święta Odrodzenia Polski (22 lipca), było Święto Pracy 1 Maja. Przyznaję, że mile wspominam pochody pierwszomajowe, pomimo, że obecność na nich była przymusowa. Dla nas – licealistów, był to dzień radosny, wręcz rozrywka od szarej codzienności. Po pochodzie udawaliśmy się na stadion, oglądaliśmy program artystyczny, jedliśmy lody i inne słodycze. Tego „widowiskowego” dnia nie utożsamialiśmy z polityką.

 

5

Zbiórka przed pochodem 1 maja 1975 r. Jolanta Wacławska (druga od lewej strony)

 

Wyjechała Pani na studia do Rumunii. Jak do tego doszło i dlaczego akurat do tego kraju?

W roku 1977, na dwa miesiące przed maturą, dyrektor mojego liceum zaproponował mi udział w egzaminach na Politechnice Wrocławskiej, w celu wyjazdu na studia zagraniczne w Rumunii, na kierunku petrochemii. Byłam przekonana, że nie zdam egzaminów, a wyjazd do Wrocławia potraktowałam jako wycieczkę. Egzaminy zdałam jednak pomyślnie i jeszcze przed maturą zostałam studentką Politechniki Wrocławskiej. Zostałam wytypowana przez Dział Współpracy Międzynarodowej na studia zagraniczne. Planowałam studia medyczne w Polsce. Wyjazd na studia zagraniczne nie był moim świadomym wyborem. Próbowałam zrezygnować, ale nie udało mi się przekonać dyrektora mojej szkoły. Tłumaczył mi, że wyjazd to wielki zaszczyt i że co roku tylko siedem osób z Polski ma możliwość studiowania za granicą w tej dziedzinie. Czekałam na zdanie matury z innych przedmiotów, a indeks na studia miałam już „w kieszeni”. Wówczas byłam mało asertywna, wydawało mi się, że nie mam innego wyjścia i zgodziłam się na to. Był to mój pierwszy wyjazd zagraniczny. W Polsce wyjeżdżaliśmy wiele razy na wczasy, nad Morze Bałtyckie czy do Zakopanego, ale wyjazdy zagraniczne wówczas nie były tak łatwo dostępne jak obecnie.

Otrzymałam paszport służbowy i we wrześniu 1977 roku wsiadłam do pociągu, gdzie spotkałam jeszcze sześciu studentów z różnych zakątków Polski. Jechaliśmy do Bukaresztu przez ZSRR. Podróż trwała bardzo długo, około dwóch dni. W Medyce, na granicy Polski i ZSRR, pociąg musiał zmienić koła. ZSRR posiadały tory o szerszym rozstawie szyn. W Polsce ten rozstaw był mniejszy (standardowy). Na granicy radziecko-rumuńskiej miała miejsce następna zmiana kół. Dużo czasu trwały również kontrole graniczne. To była bardzo wyczerpująca podróż, tak oceniam z perspektywy czasu, a ja pokonywałam ją trzy, cztery razy w roku przez okres sześciu lat. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Moje motto brzmiało: „Dla chcącego nie ma nic trudnego!”

By móc studiować za granicą, konieczna jest znajomość języka obcego. Jak w praktyce wyglądało Pani przygotowanie językowe do studiowania w Rumunii?

Po załatwieniu wszelkich formalności w Ambasadzie Polskiej w Bukareszcie, związanych z pobieraniem stypendium, wyruszyliśmy w dalszą drogę do Timisoary, w zachodniej części kraju. Jest to jedno z najpiękniejszych miast w Rumunii. Ma wspaniałą architekturę i niepowtarzalny klimat. Często porównywane jest z Wiedniem. Na tamtejszym uniwersytecie uczyliśmy się języka rumuńskiego, który należy do grupy języków romańskich. Dość dobrze władałam językiem francuskim i bardzo pomogło mi to w nauce języka rumuńskiego. Zajęcia były naprawdę intensywne, codziennie spędzaliśmy na uniwersytecie około 5 godzin, a drugie tyle przy książkach w akademiku. Był to tzw. rok przygotowawczy, po którym mówiliśmy po rumuńsku tak swobodnie jak po polsku.

Funkcjonowanie społeczeństwa rumuńskiego było wówczas podobne do naszego w Polsce?

Rządy w Rumunii sprawował wtedy dyktator Nicolae Ceausescu, który został obalony dopiero w roku 1989. Ceausescu zapożyczał się od państw zachodnich, nie zdając sobie sprawy, że pożyczki udzielano mu na niekorzystnych warunkach. Dzięki takiej polityce, w okresie mojego pobytu w Rumunii, stopa życiowa Rumunów była dużo lepsza od stopy życiowej Polaków w tym czasie. Upadek gospodarczy kraju nastąpił już po moim ukończeniu studiów, czyli po roku 1983. W Rumunii panował kult prezydenta. Podobizny Ceausescu spoglądały na nas zewsząd. Całe państwo było inwigilowane gęstą siecią podsłuchów. Spędziłam 6 lat w tym kraju, ale nigdy nie gościłam w domu żadnej koleżanki Rumunki. Wynikało to z powszechnego strachu przed służbami bezpieczeństwa (Securitate).

Studia zagraniczne stwarzały wówczas szerszą możliwość nawiązania kontaktów z osobami z innych krajów. Jak to wyglądało w praktyce?

Ze studentami Rumunami łatwo nam było nawiązać kontakt, łączyła nas wspólna wschodnioeuropejska mentalność. Rumuni są bardzo dumni ze swojego pochodzenia (waleczni Dakowie). W Timisoarze poznałam studentów z wielu krajów. Zaprzyjaźniłam się z koleżanką z Bułgarii, z Jugosławii, kolegą z ZSRR. Sergiej związał się uczuciowo ze studentką z Niemiec (RFN) i niestety po kilku miesiącach został odwołany ze studiów. Został zmuszony do powrotu do Moskwy. Było również wielu Arabów i Greków, którzy w przeciwieństwie do nas, płacili za studia. W styczniu 1978 roku, władając już dobrze językiem rumuńskim, poznałam mojego przyszłego męża Janisa, Greka pochodzącego z wyspy Corfu. We wrześniu 1978 roku razem rozpoczęliśmy studia na Uniwersytecie w Ploiesti, mieście, położonym w południowej Rumunii i oddalonym o 56 km od Bukaresztu. W pobliżu Ploiesti znajduje się największa w kraju rafineria ropy naftowej. Bardzo często odwiedzaliśmy Bukareszt (miasto radości). Centrum miasta zachwyca XIX-wieczną architekturą.

Jak „odnalazła się” Pani jako studentka na zagranicznej uczelni?

Pierwszy rok na uczelni w Ploiesti był dla mnie bardzo trudny. Na wykładach, nie wszystkie specjalistyczne słowa były dla mnie zrozumiałe. Uczyłam się bardzo intensywnie, pomagając jednocześnie Janisowi, który miał braki wiedzy jeszcze z liceum. Uczelnia w Ploiesti do dzisiaj jest na wysokiej pozycji w światowym rankingu w dziedzinie petrochemii, a w czasach komunistycznych studia były bardzo rygorystyczne. Przeżyłam wiele chwil słabości, zwątpienia, załamania, tęsknoty za rodziną i domem. Ogarniał mnie smutek i poczucie bezradności. Nie było komputerów ani telefonów komórkowych, były to czasy listów i telegrafów. Trudnym dla mnie okresem w trakcie studiów był stan wojenny, wprowadzony w Polsce 13 grudnia 1981 roku. Zamknięte zostały granice ojczyzny. Do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się wjechać do kraju na Boże Narodzenie w 1981 roku. Domyślam się, że to dzięki temu, że posiadałam paszport służbowy.

 

6

Jolanta Wacławska z koleżankami w Rumunii (pierwsza z prawej strony)

 

7

Przed akademikiem w Timisoara w Rumunii. Jolanta Wacławska (w środku), 14.12.1977 r.

 

W lecie 1978 roku Janis po raz pierwszy odwiedził Polskę. Pod koniec II roku studiów postanowiliśmy z Janisem zawrzeć związek małżeński. Obowiązkowym ślubem był ślub cywilny, który zawarliśmy 19 kwietnia 1980 roku w rumuńskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Dokument zawarcia ślubu przetłumaczyliśmy i sformalizowaliśmy – każdy w swoim kraju.

 

8

Ślub w Ploiesti – Rumunia 1980 r.

 

9

W dniu ślubu – w środku mama Jolanty Wacławskiej (Laconitis)

 

Ślub kościelny zawarliście w Polsce?

Staraliśmy się o pozwolenie na zawarcie małżeństwa w kościele, w Polsce. Prosiliśmy o zgodę na małżeństwo mieszane, tzn. każdy z małżonków pozostaje przy swojej religii i sposobie jej wyznawania. Niestety, nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Uzyskaliśmy potrzebne pozwolenie od katolickiego biskupa rumuńskiego. Wówczas w Rumunii łatwiej było uzyskać takie pozwolenie, ponieważ częściej dochodziło do zawarcie małżeństw mieszanych. Dominującym wyznaniem w Rumunii jest prawosławie, ale około 5% ludności to katolicy. Po przetłumaczeniu dokumentów zawarliśmy związek małżeński w kościele w Polsce.

Kiedy po raz pierwszy udało się Pani pojechać do Grecji i jakie wrażenia wywarł ten kraj na Pani?

W sierpniu 1980 roku po raz pierwszy odwiedziłam Ateny. Pamiętam, że bilet lotniczy kosztował tyle, ile moja mama zarabiała przez cały rok. Wtedy Ateny mnie zachwyciły. Dzisiaj to miasto kontrastów. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Akropolu i innych antycznych zabytków. Nie mogłam oderwać oczu od wystaw sklepowych. W Polsce mieliśmy problemy z kupieniem w zasadzie wszystkiego, a w Atenach półki uginały się od towarów. To wszystko wydawało mi się niezwykłe.

Jeszcze w trakcie trwania studiów urodziłam nasze pierwsze dziecko, córkę Klaudię, której wychowaniem zajęli się moi rodzice w Polsce. W czerwcu 1983 roku ukończyliśmy studia, oboje uzyskaliśmy tytuł magistra inżyniera i próbowaliśmy poradzić sobie z trudną dla nas rzeczywistością. Janis musiał odbyć służbę wojskową, a ja nie chciałam mieszkać w Atenach sama z dzieckiem, bez męża. Rozstaliśmy się na 2 lata, w tym czasie Janis odwiedził Polskę dwa razy, a mnie udało się raz pojechać do Grecji. W Polsce mieszkałam z rodzicami, którzy bardzo mi pomagali, pamiętam jak cały dzień i całą noc stali w kolejce, żeby kupić pralkę automatyczną. Rano przywieźli do sklepu tylko 5 pralek z ZSRR. Udało się, mogłam prać pieluchy dziecka w pralce automatycznej, ogromne szczęście – dziś niepojęte dla młodszego pokolenia.

Rzeczywiście to trudna rozłąka dla młodego małżeństwa… Kiedy na stałe znów zamieszkaliście razem?

W roku 1985 przyleciałam z córką Klaudią do Aten, aby rozpocząć nowy rozdział w moim życiu. Nie myślałam, że będzie to na „zawsze”. Teraz już nie myślę o powrocie, ale słowo „u nas” nie jest dla mnie oczywiste… I znowu wszystko od nowa – nauka języka greckiego na Uniwersytecie Ateńskim, nowe miasto, otoczenie, nowa rodzina, problemy z Klaudią, którą „pozbawiłam” bardzo kochanych dziadków.

Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z polską emigracją. Córka nie rozumiała języka greckiego, więc znalazłam dla niej opiekunkę – Polkę. Klaudia po 6 miesiącach wróciła szczęśliwa do moich rodziców, ja kontynuowałam naukę języka greckiego, Janis musiał zarabiać na nasze życie. Latem po zdaniu państwowego egzaminu z języka greckiego wróciłam do Polski. Znowu zamieszkałam z moimi rodzicami, Klaudia była szczęśliwa. Po upływie około 6 miesięcy postanowiłam jeszcze raz złączyć rodzinę, chociaż dla Klaudii rodzina była w Polsce. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że zrobiłam coś „przeciwko” dziecku.

Jak po przyjeździe z Polski, córce udało się zaadaptować w greckim środowisku?

Uzyskałam pozwolenie z kuratorium oświaty na moje uczestnictwo w zajęciach Klaudii w przedszkolu, dopóki dziecko nie nauczy się przynajmniej podstaw języka greckiego. Tak minął następny rok naszego życia. Liczyłyśmy z Klaudią czas od wakacji do wakacji. Doświadczyłam bezradności i zagubienia, czasami wręcz niechęci wywołanej poczuciem dyskomfortu, nie tylko psychicznego, ale i fizycznego. Oczywiście, były też pozytywne aspekty. Zaprzyjaźniłam się z mamami koleżanek mojej córki. Klaudia powoli przyzwyczajała się do życia w Atenach. Dość dużo podróżowaliśmy po Grecji.

Podjęła Pani pracę zawodową?

Tak. Kiedy Klaudia podrosła, zaczęłam pracować w Biurze Prawniczym jako tłumacz języka rumuńskiego. Były po początki lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, czyli tuż po upadku w Rumunii dyktatury Ceausescu. Dyktator Ceausescu w roku 1966 wprowadził „Dekret770”, w myśl którego prawo do aborcji miały tylko te kobiety, które spełniły patriotyczny obowiązek i urodziły minimum czwórkę dzieci (w 1984 r. liczba ta wzrosła do pięciu). Przez 23 lata obowiązywania Dekretu w Rumunii urodziło się ponad 2 miliony niechcianych dzieci. Nikt nie czekał na te dzieci, nikt nawet nie nadał im imion. Niemowlęta trafiały do sierocińców, a tam oznaczano je numerami… Nie było adopcji, dzieci „gromadzono” w sierocińcach. Świat dowiedział się o tym barbarzyństwie dopiero dzięki kanadyjskiej ekspedycji. W 1990 roku ekipa telewizyjna przesłała zdjęcia, które „zmroziły” cały świat.

Ze zgrozą i łzami w oczach przypominam sobie też, historię mojej koleżanki Rumunki, która wykonała „podziemną” aborcję i zmarła z powodu poaborcyjnych powikłań. W latach obowiązywania Dekretu 770 na skutek nielegalnych aborcji i poaborcyjnych powikłań życie straciło ponad 10 000 rumuńskich kobiet.

Jako przedstawiciel Biura Prawniczego, w którym pracowałam, brałam udział w wyjeździe do Rumunii, w roli tłumacza dla osób, które chciały zaadoptować dziecko z sierocińca. Była to legalna adopcja i legalne wyjazdy. Wówczas w Grecji proces adopcyjny trwał bardzo długo, czasem ludzie czekali na adopcję dziecka nawet 10 lat. Rodziny, które wówczas adoptowały dzieci w Rumunii, należały do osób zamożnych. Trzeba było sfinansować 2 lub 3 loty do Rumunii, by adopcja doszła do skutku. W wyjeździe uczestniczyły trzy osoby: rodzic, który chciał zaadoptować dziecko, adwokat i ja, jako tłumacz z języka rumuńskiego na grecki. Nasz pobyt w Rumuni trwał 5 dni, by skutecznie doprowadzić sprawę do końca. Podobnych biur w Grecji istniało bardzo dużo i Grecy w legalny sposób zaadoptowali wiele dzieci rumuńskich. Duża liczba dzieci została zaadoptowana przez rodziny z Europy Zachodniej, USA, Kanady oraz Australii.

Jak przeżywała Pani te wyjazdy?

Było to dla mnie traumatyczne przeżycie. Odwiedzałam domy dziecka w Bukareszcie, ale wiem, że na prowincji działy się rzeczy niewyobrażalne. Głodne, bite, gwałcone dzieci, umierały przykute do łóżek. Były porzucane jak zwierzęta w schronisku, stłoczone w małych pomieszczeniach, spoglądały na nas smutnymi i przerażonymi oczami, po najsłabszych chodziły roje much… Byłam w Rumunii tylko dwa razy, odwiedziłam kilka domów dziecka i zrezygnowałam z pracy. Uczucia, które mnie wręcz sparaliżowały, to ogromny smutek, strach, dreszcze przebiegały po całym moim ciele, do oczu napływały mi łzy, serce ściskało mi się z bólu...

W roku 1995 urodziłam drugą córkę – Natalię. Nie było nam łatwo z dwójką dzieci, tylko mój mąż pracował. Ale z pomocą moich rodziców, udało nam się odnaleźć w nowej sytuacji. Patrząc z perspektywy lat, przypuszczam, że narodziny Natalii, były podświadomą reakcją na całe zło, które zobaczyłam wówczas w Rumunii.

Rok 1998 przyniósł wielkie zmiany w moim życiu. W wieku 62 lat z powodu choroby wieńcowej zmarł mój tata. Odziedziczyłam po nim tę chorobę, pomimo że stosuję dietę śródziemnomorską, geny wydają się być silniejsze. Wraz ze śmiercią ojca, straciłam kogoś bardzo ważnego, kto zapewniał mi wsparcie i poczucie bezpieczeństwa w każdym momencie mojego życia. Moja mama, zdruzgotana po śmierci taty, przyleciała do nas, aby pomóc w wychowaniu Natalii. Klaudia, po wielu latach, znowu miała babcię blisko siebie. Mijały lata, mama wyjeżdżała do Polski tylko na wakacje i tak oto mama już od 23 lat mieszka z nami w Atenach. Od kilku lat nie już odwiedza Polski, ze względu na stan zdrowia i wiek.

W ciągu wielu lat życia w Atenach, zetknęła się Pani z wieloma Polakami, którzy również tam dotarli. Jak scharakteryzowałaby Pani emigrację polską, która mieszkała lub nadal mieszka w Grecji?

Dzisiaj z perspektywy czasu dzielę emigrację polską w Grecji na trzy fale. Pierwsza to emigracja solidarnościowa, która rozpoczęła się po zniesieniu stanu wojennego w 1983 roku. Bardzo mało osób z tej grupy miały paszporty tylko „w jedną stronę”, tzw. emigranci polityczni. Przytłaczająca większość po prostu chciała wyjechać na Zachód. Taką emigrację zastałam, przyjeżdżając do Aten. Emigranci ekonomiczni wykorzystali okazję przyjazdu do Grecji wraz z emigrantami politycznymi. W łatwy sposób otrzymywali paszporty. Była to „fala” ludzi, którzy nie byli represjonowani w Polsce, a mimo to chcieli wyjechać na Zachód. Bezpośrednio po przyjeździe mieszkali tu w obozach takich jak dziś mieszkają uchodźcy z Azji. Niektórzy z nich mieszkali w ateńskich hotelach, które były opłacane przez organizacje wspierające uchodźców. Organizacje te wspierały edukację dzieci emigrantów politycznych. Na pewien czas opłacały im naukę w szkołach angielskojęzycznych, by mogły choć w niewielkim stopniu nauczyć się języka angielskiego.

Grecja należała do krajów przyjmujących Polaków, w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Polacy zgłaszali się głównie do Ambasad USA, Kanady i Australii. Te kraje stwarzały wyjątkowo korzystne warunki dla polskich imigrantów, wprowadzając procedury ułatwiające ich przyjazd. Obowiązywały one aż do upadku ustroju komunistycznego. Procedura wyjazdu do Kanady czy USA trwała rok, a czasem dłużej. Pamiętam, jak na przełomie 1985/1986, w okresie od września do marca, opiekunki polskie mojego dziecka zmieniały się 3 razy, gdyż po otrzymaniu dokumentów, na które czekały, wyjeżdżały do Kanady, do Australii i do USA. Po tych zmianach dziecko poleciało do babci do Polski, pod opieką stewardesy. Bilet na lot był bardzo drogi. Cały rok w Grecji odkładałam pieniądze, by w wakacje móc z dzieckiem i z Janisem polecieć do Polski. Był to okres monopolu i do Warszawy latały tylko samoloty linii lotniczych „Lot”, nie było żadnych tanich lotów, również linie greckie nie kursowały do Polski.

Wiele instytucji i organizacji pomagało Polakom w kwestiach humanitarnych. Do dzisiaj, zastanawiam się, dlaczego nie przekonałam Janisa do wyjazdu do innego, „lepszego” wówczas kraju. Z naszym zawodem nie mielibyśmy najmniejszego problemu ze zdobyciem pozwolenia na wyjazd. Jednak już przyjazd do Grecji był dla mnie wielkim wyzwaniem. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym wyjechać „za ocean”.

Druga fala polskiej emigracji do Grecji miała miejsce po roku 1989, głównie z powodu braku perspektyw w kraju, ja nazwałabym tę emigrację ekonomiczną.

Grecy byli przyjaźnie nastawieni do Polaków napływających wówczas do ich kraju, gdyż mieli w pamięci pomoc Polski wobec ich rodaków w roku 1949, kiedy to nasz kraj przyjął kilkanaście tysięcy greckich uchodźców politycznych. Z tej emigracji pochodzi znana w Polsce piosenkarka Eleni. Po II wojnie światowej w Grecji rozpętała się wojna domowa. Komuniści musieli opuścić teren Grecji. Kraje wschodnie bloku komunistycznego przyjęły wówczas tysiące Greków. W Polsce było ich kilkanaście tysięcy, a kiedy studiowałam w Rumunii też spotkałam wielu greckich emigrantów politycznych.

Trzecia fala emigracji Polaków do Grecji nastąpiła po roku 2004, czyli po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, nazywam ją zarobkową. Była to emigracja ludzi, którzy przyjechali do Grecji „na trochę” i zdarzało się, że zostawali więcej niż 10 lat. Co roku mówili: „Wracamy do Polski, wracamy!” I nie wszyscy, którzy tak mówili, wracali. Życie niektórych z nich i ich dzieci było prowizoryczne, jakby w zawieszeniu „ani w Grecji, ani w Polsce…”. W trakcie kryzysu greckiego, który zaczął się w 2009 roku, Polacy stopniowo zaczęli wracać do kraju.

W związku z liczną grupą napływającej Polonii, zaistniała w Atenach potrzeba utworzenia szkoły dla dzieci polskich. Proszę przybliżyć, w jaki sposób zorganizowana była edukacja dzieci oraz opowiedzieć o Pani pracy w szkole na emigracji…

W roku 1985 Kuria Arcybiskupia Greckiego Kościoła Katolickiego oddała Polakom na cele edukacyjne jedno ze swoich pomieszczeń. W 1986 r. ochronkę zarejestrowano w Polskiej Macierzy Szkolnej w Londynie. Tak powstał zalążek przyszłej szkoły polskiej w Atenach. Na patrona placówki wybrano Romka Strzałkowskiego – trzynastoletniego ucznia, który zginął w czerwcu 1956 r. w trakcie zamieszek na ulicach Poznania. Wkrótce, z powodu trudności lokalowych, działalność ochronki zawieszono. W 1988 r. polscy jezuici rozpoczęli starania o reaktywowanie szkoły. 24 października 1988 r. nastąpiła oficjalna inauguracja zajęć w Katolickiej Szkole Polskiej im. Romka Strzałkowskiego. Opiekę nad nowo powstałą placówką nadal honorowo sprawowała Polska Macierz Szkolna w Londynie. Jednocześnie przy Ambasadzie RP w Atenach funkcjonował Punkt Konsultacyjny, w którym naukę w zakresie języka polskiego, historii i geografii Polski pobierały dzieci oddelegowanych z kraju pracowników dyplomatycznych. W 1994 r. przy Niezależnym Związku Polsko-Greckim im. Iwanowa Szajnowicza zaczęła działać nowa szkoła polska. Istnienie trzech odrębnych placówek edukacyjnych nie sprzyjało integracji środowiska polonijnego, negatywnie wpływało na proces dydaktyczny. Nadal nie ustawały starania o utworzenie jednej placówki, spełniającej oczekiwania uczniów, rodziców i nauczycieli. 3 lipca 1997 r. – ówczesny minister Edukacji Narodowej Jerzy Wiatr, wydał rozporządzenie, na mocy którego powstał Zespół Szkół Ogólnokształcących przy Ambasadzie RP w Atenach. Wówczas polska szkoła w Atenach prowadziła naukę wszystkich programowo wymaganych przedmiotów. Uwzględniając kraj pobytu dzieci, program nauczania wzbogacono dodatkowo o lekcje języka greckiego. W roku szkolnym 2002/2003 trwały przygotowania do nadania szkole imienia Zygmunta Mineyki, którego niezwykła biografia łączy w sobie historie dwóch, jakże bliskich sobie krajów, Polski i Grecji.
3 marca 2003 roku szkoła zyskała swojego patrona – Zygmunta Mineyki. Ja, zaczęłam pracować jako nauczyciel chemii w Zespole Szkół przy Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej w Atenach w lutym 1998 roku. Początkowo chemii w szkole polskiej uczył o. Zbigniew Szymczyk, jezuita, który też był bardzo zaangażowany w organizowanie szkoły polskiej przy Ambasadzie RP w Atenach. Praca nauczyciela za granicą nie ogranicza się do zajęć dydaktycznych. Nauczyciele przygotowują uroczystości patriotyczne i okolicznościowe, współpracują ze środowiskiem lokalnym, prowadzą dodatkowe zajęcia, promują polską kulturę, kultywują tradycje ojczyste.

Zawód nauczyciela wykonuję od 23 lat i kocham pracę w szkole. Obecny rok jest ostatnim rokiem mojej pracy w Szkole Polskiej przy Ambasadzie RP, a w przyszłości sobotnia Szkoła Polska będzie prowadziła naukę w zakresie języka polskiego, wiedzy o Polsce i religii. Pamiętam wszystkich moich uczniów. Ci najstarsi mają już około 40 lat. Łatwo zostać nauczycielem. Trudno jest być dobrym pedagogiem.

 

10

Jolanta Laconitis, wychowawczyni w Szkole Polskiej w Atenach 2000 r.

 

Doświadczenia w Pani wieloletniej pracy zawodowej na rzecz środowiska polskiego są bogate. Na pewno łatwiej jest uczyć polskości dzieci, których oboje rodzice są Polakami. Jak to wygląda w Pani mieszanej, polsko-greckiej rodzinie?

Moje obydwie córki bardzo dobrze mówią i piszą po polsku. Klaudia jest lekarzem internistą z dodatkową specjalizacją uprawniającą do pracy na Oddziale Intensywnej Terapii. Wykonuje bardzo trudną pracę, szczególnie teraz w czasach pandemii koronawirusa. Natalia skończyła filologię rosyjską na Uniwersytecie Ateńskim i rozpoczyna swoją karierę zawodową, co w czasach kryzysu ekonomicznego i epidemiologicznego wcale nie jest łatwe. Polskę odwiedzamy praktycznie co roku. Mamy dwie Ojczyzny i jesteśmy podwójnymi patriotami. Córki zostały wychowane w systemie greckiej oświaty i w tej kulturze. Obie mają polskie obywatelstwo, kochają Polskę i bardzo lubią tam jeździć. Podziwiają polskie góry, jeziora, miasta z bogatą kulturą. Uważają, ze Polska jest krajem nowoczesnym, podobnym do krajów Europy Zachodniej. Kraków jest dla nich niesamowitym miejscem. Bardzo podobają się im polskie tradycje świąteczne, a zwłaszcza zwyczaj dzielenia się opłatkiem. Razi je skłonność Polaków do narzekania – żartobliwie nazywają to polskim sportem narodowym. Gdy odwiedzają Polskę zimową porą, mocno odczuwają zmianę klimatu, choć lubią, kiedy jest śnieg.

 

11

Polo-Greczynki, siostry Laconitis: Klaudia (z prawej) i Natalia (z lewej)

 

12

Klaudia podczas dyżuru w szpitalu – kwiecień 2020 r.

 

13

Natalia w Moskwie

 

A jak według Pani Grecy odbierają nas, Polaków?

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Aten w 1985 roku, to niektórzy taksówkarze nie wiedzieli, gdzie leży Polska, co to jest za kraj… Grecy są bardzo gościnni, otwarci i przychylni. Bardzo ważnym słowem w języku greckim jest słowo „filotimo” (φιλότιμο). Trudno przetłumaczyć go na inny język. Święty Paweł, który biegle władał językiem greckim, napisał, że oznacza ono pragnienie czynienia dobra. Zaprzyjaźniłam się ze wspaniałymi ludźmi. Moja córka miała przyjaciółki w szkole i w ten sposób nawiązałam relacje z ich rodzicami. Zapraszali mnie na różne okazje, czasem spędzaliśmy razem święta, zwiedzaliśmy Grecję. Wyjeżdżaliśmy głównie w okresie Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy i narodowych świąt Grecji. Byliśmy zapraszani przez zaprzyjaźnione z nami greckie rodziny, do ich rodzinnych domów, w różnych zakątkach kraju. Chciałam, żeby Klaudia jak najmniej odczuła brak moich rodziców, szczególnie w świąteczne dni. Jestem bardzo wdzięczna moim koleżankom, za piękne chwile, spędzone razem. Do dzisiaj utrzymujemy kontakty, chociaż coraz rzadziej, jednak kiedy rozmawiamy przez telefon, to czuję jakbym, widziała je wczoraj. Na zawsze zajęły miejsce w moim sercu.

Na czym, Pani zdaniem, polegają główne różnice w mentalności Polaków i Greków?

Grecy są wychowani bardziej beztrosko, nie przejmują się rzeczami, na które nie mają wpływu, nie stresują się tak jak my, dzięki temu żyją dłużej i nie chorują tak często jak Polacy. Słowo: „σιγά-σιγά” (powoli, powoli), jest bardzo często używane przez Greków i oddaje ich, różną od naszej, filozofię życia. Cenię to, że w Grecji jest bardzo mało rodzin z problemami alkoholowymi. Kultura picia alkoholu jest tu godna naśladowania i jako Polacy możemy się tego od Greków uczyć. Grecy są narodem gościnnym, pogodnym, są bardzo dumni ze swojej historii i kraju, pielęgnują relacje rodzinne i więzy przyjaźni.

Dla zobrazowania tego, co powiedziałam, posłużę się przykładem. Dla Greków wyjście na kawę, oznacza, że idzie się na spotkanie, które trwa 3 godziny. Jest to bardzo przyjemny aspekt greckiego życia, w tym czasie ludzie rozładowują swoje emocje i spotykają się ze znajomymi. Moja mama, kiedy wychodzimy na kawę, wypija ją w ciągu 10 minut i mówi: „Idziemy do domu!”. Jesteśmy chyba jedyną rodziną, która po 15 czy 20 minutach pobytu w kawiarni, kończy picie kawy i wraca do domu. Grecy rzadko się śpieszą, siedzą, dyskutują, bardzo często się śmieją, celebrują wspólne spędzanie czasu. Cechuje ich otwartość i życzliwość. Myślę, że częściej się uśmiechają, nawet do obcych i mają zdecydowanie większe pozytywne nastawienie na relację z drugim człowiekiem. Rozmawiają z nieznajomymi, często powiedzą coś na ulicy do przypadkowo przechodzącej osoby, to cechy, których moglibyśmy się od nich uczyć. Ja przejęłam w znacznym stopniu ten styl. Kiedy jestem w Polsce, kuzynki mówią mi, że zachowuję się inaczej niż typowa Polka. My, Polacy, szczególnie z mojego pokolenia, jesteśmy wychowani według pewnych ram i zasad i w ten sposób postępujemy: „Tak musi być, trzeba postępować według zasad!” W Grecji niekoniecznie…

 

14

Medale za udział w biegu maratońskim

 

15

Z córką Natalią i mężem przed Parlamentem Greckim – dzień biegu maratońskiego w Atenach

 

Na koniec, proszę jeszcze powiedzieć coś dotyczącego greckiej strony kulinarnej…

Nie jest możliwe, aby opisać kuchnie grecką w kilku zdaniach. Trudno jest znaleźć słowa opisujące bogactwo smaków i potraw goszczących na greckich stołach.

Specyfika smaków  w Grecji wynika z klimatu. Jest łagodny i ciepły, szczególnie owoce i warzywa smakują zupełnie inaczej niż w Polsce. Grecja jest krajem nadmorskim oraz wyspiarskim, więc ryby i owoce morza stanowią podstawę pożywienia. Dieta śródziemnomorska jest kultywowana od tysięcy lat i jest bardzo zdrowa. Dwa skarby Ziemi, które posiada ten kraj, to oliwa i sok ze świeżych cytryn. Do moich ulubionych potraw greckich zaliczam sałatkę grecką, pieczoną jagnięcinę, ser feta, ryż zawijany w liście winogron, warzywa faszerowane ryżem, nadziewany bakłażan i owoce morza. Ważne jest, żeby zrozumieć podejście Greków do jedzenia i gotowania – dla nich nie jest to proces mający na celu zaspokojenie potrzeb życiowych. Dla Greków czas spędzony przy posiłkach to celebracja, kwintesencja życia!

 

16

Z mężem Janisem – 2018 r.

„Άγγελε μου, νιώθω ευλογημένος διότι βρέθηκα την κατάλληλη στιγμή και στο κατάλληλο μέρος όταν έπεσες από τον Ουρανό.” - Ο σύζυγος σου

 „Mój Aniele, czuję się błogosławiony, ponieważ byłem we właściwym czasie i we właściwym miejscu, kiedy spadłaś z Nieba.” - Twój mąż

Jestem emigrantką z wyboru serca. Był czas, że mój mąż snuł plany o przeprowadzce do Polski na emeryturze, ale te zamiary wybiła mu z głowy moja mama, która powiedziała, że absolutnie nie możemy zostawić córek w Grecji, a one mają tu swoje życie. W Grecji zdanie teściowej jest bardzo ważne. Mój mąż jest najmłodszym z trójki braci. Na początku było dla nich szokiem, że cudzoziemka wejdzie do ich rodziny, choć bracia męża i ich żony przyjęli mnie bardzo miło.

Po 40 latach małżeństwa z Janisem uważam, że trzeba być silnym człowiekiem, walczyć nie tylko z własnymi wątpliwościami, ale także z brakiem akceptacji ze strony rodziny, czy znajomych. Często pojawiają się sytuacje, w których nie zgadzamy się z mężem, ale szanujemy swoje odrębności. Jesteśmy każdego dnia po tej samej stronie. Bez względu na wszystkie różnice wspieramy się wzajemnie.

 

17

                                                                        

18

Od lewej stony: Jolanta Laconitis, córka Klaudia, Mama Pani Jolanty - Marta Wacławska i córka Natalia, Ateny – 2019 r.

Dziękuję za rozmowę. 

siostra Halina Pierożak, Misjonarka Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej, 20.11.2020 r. 

Pani Jolanta Laconitis wyraziła zgodę na publikację ww. wywiadu.