Pan Ignacy Krajewski pochodzi z terenów przedwojennej Polski, które obecnie należą do Białorusi. Jako 12-letnie dziecko został wywieziony na Syberię. Uczęszczał do rosyjskiej szkoły, a następnie pracował przy wyrębie syberyjskiego lasu.

Po amnestii dotarł do Uzbekistanu. Los sprawił, że jako kilkunastoletni chłopiec rozstał się na długi czas z najbliższymi: mamą i przyrodnim bratem. Następnie poprzez Persję i Teheran dotarł do Palestyny. Tam ukończył Szkołę Kadetów, zdał maturę i od generała Andersa otrzymał świadectwo ukończenia liceum. W 1947 roku przybył do Anglii, gdzie mieszka do dziś.

Urodziłem się 1 lutego 1928 roku w osadzie wojskowej, mój ojciec był legionistą marszałka Piłsudskiego i nadano mu tę osadę. Ważnym celem zamieszkania na nowych ziemiach było ich spolszczenie. Osada nazywała się Puzieniewicze. Znajdowała się w odległości 5 kilometrów od Miasta Turzec, które było miastem żydowskim i białoruskim, miało piękną bożnicę, należało do województwa nowogródzkiego. Najbliższy kościół polski był w Mirze, około 16 kilometrów od osady. W dzisiejszych czasach 16 kilometrów to nic, a wówczas, szczególnie biorąc pod uwagę stan dróg we wschodniej Polsce, trzeba było pół dnia, żeby dotrzeć do kościoła.

Mój ojciec zmarł, kiedy miałem 5 lat, nie pamiętam go, ale pamiętam, że kiedy umierał, to ktoś kazał mi pójść pożegnać się z ojcem, w rzeczywistości nie wiedziałem, o co chodzi. Jak przez mgłę widzę, że idę, nie widzę twarzy ojca, idę do łóżka i nie pamiętam, co dalej się stało. Moje wspomnienia o ojcu: pamiętam, jak trzymał mnie na rękach, było też zdjęcie, kiedy byłem mały i siedziałem ojcu na kolanach, ale niestety przez wojenną zawieruchę zginęło. Jeśli chodzi o rodzeństwo, wiem, że były inne dzieci, ale one wszystkie zmarły, ja byłem najmłodszy i tyko słyszałem, że przede mną urodziły się inne dzieci. Matka powtórnie wyszła za mąż i miała syna, mojego przyrodniego brata, który był ode mnie 5 lat młodszy.

Nie wiem, z jakich stron Polski mój ojciec się przesiedlił, sądzę, że z zaboru austriackiego, ale nie mam na to potwierdzenia. W osadzie była jego siostra, była żoną jednego z osadników. Ojciec miał rodzinę w Ameryce, zdaje się w Chicago, dostawał listy, ale byłem za mały, nic z tego nie rozumiałem. Siostra ojca, która została później wywieziona na Sybir, po zakończeniu wojny wyjechała do Ameryki do jej i mojego ojca rodziny, ale nic więcej nie wiem o niej.

Proszę opowiedzieć o osadzie?

Przedstawię problem polityczny, który tam istniał. Osada była otoczona trzema dużymi wioskami białoruskimi. Białorusini niezbyt nas lubili, dlatego że spodziewali się, iż to oni dostaną te tereny. Tymczasem przyszli Polacy i zabrali im ziemię. Trzeba wziąć pod uwagę, że ludność tamtejsza żyła naprawdę z wielkim trudem, mieli kawałek ziemi, z której trzeba było wyżywić całą rodzinę, były problemy… Problem wyżywienia szczególnie. Ziemia naprawdę była dla osiedlonych Polaków jedyną żywicielką i dla Białorusinów też. Niestety, nie była to ziemia zbyt płodna, jedynie piasek i błota. Pamiętam rowy melioracyjne, które ściągały wodę, my pływaliśmy w nich, były dość szerokie. Nie mam pojęcia, w jaki sposób były robione. Bawiliśmy się, zimą można było jeździć na łyżwach, a latem na łąkach rosły kaczeńce. Osada położona była nad Niemnem, około 50 kilometrów od granicy rosyjskiej, zimy były srogie i lata bardzo gorące, szalone burze. Zimą czasem spadało tyle śniegu, że nie można było rano otworzyć drzwi domu.

Nie mogę powiedzieć, że miałem idylliczne przeżycia z dzieciństwa, dlatego że ojca nie było, matka sama nie mogła uprawiać roli, był wielki problem, mieliśmy też problem z wyżywieniem. Jedyną rzecz, którą pamiętam, to bawienie się z dziećmi z sąsiedztwa. Dla mnie to było ważne oraz jedzenie, dlatego że byłem głodny. O wyżywienie było trudno…

Czy dzieci z sąsiedztwa też były Polakami?

Tak. Tam mieszkało 15 – 18 osadników, każdy miał około 10 hektarów ziemi. Niektórzy mieli dobrą ziemię, niektórzy mieli gorszą, jeśli chodzi o nasze pole, połowa nic nie była warta, łąki, nic innego nie można było tam robić…

A do kościoła jak jechaliście?

Musieliśmy tam być, bo tam pochowany został mój ojciec, ale ja nic nie pamiętam. Kościół był z XVI- XVII wieku, zabytkowy, cmentarz duży. Jeśli chodzi o codzienne bycie w kościele, to z powodu odległości było niemożliwe. W szkole pracowały siostry zakonne, które uczyły nas religii. Przez jakieś 2 – 3 lata, a kiedy byliśmy starsi, szkoły były mieszane, w sensie: Białorusini i Polacy byli w tych samych szkołach.

Uczęszczał Pan do szkoły w tej samej miejscowości, czy gdzieś indziej?

Pierwsze dwa lata, cała połeć, gdzie były osady, zarządzana była przez jakiegoś zarządcę. Był piękny dom, nazywaliśmy go: „Biały dom”, był sad i pamiętam - tam była 1 i 2 klasa mojej nauki. Przychodziły siostry zakonne. Później szkoła, nie wiem z jakich względów, czy politycznych czy innych, została zlikwidowana i połączona ze szkołą, która była odległa od naszej osady około 4 kilometry. Białorusini i Polacy byli w niej razem. Nauczanie odbywało się w języku polskim.

Pan chodził pieszo te 4 kilometry?

Absolutnie tak, i zimą i latem. Zimą trzeba było się w śniegu „kąpać”, a latem chodziłem pomiędzy miedzami, nie było dróg. Pamiętam, jak popularne było oszukiwanie nas, że w polu stoi Baba Jaga i nas porwie. Straszyli nas, że zabiorą nas Żydzi. Jak szedłem do szkoły, to się bałem (śmiech…). Ja zawsze miałem „to coś”, że chciałem potwierdzić, czy rzeczywiście jest prawdą to, co mi mówią. Pamiętam, w pobliskim mieście Turzec byli lekarze, dentyści i jeśli chciało się coś załatwić, to tam trzeba było się udać, 5 kilometrów od naszej osady. Dla mnie to było mniej niż godzina drogi pieszo. W Turcu była piękna bożnica, zawsze byłem ciekawy, co tam w środku jest, czy naprawdę są dzieci zabrane przez Żydów, czy nie? Bożnica miała piękne, żelazne bramy i cała architektura domu była bardzo piękna. Jednego razu, kiedy tam byłem, wsadziłem głowę przez żelazną bramę i spoglądałem do środka. Patrzę, przechodzi rabin, przestraszyłem się, nie wiedziałem czy uciekać, czy zostać, a on zapytał mnie: „Czy chcesz zobaczyć, co jest w bożnicy?” Odpowiedziałem: „Tak!” On powiedział: „To chodź, ja ci pokażę.” Zabrał mnie i pokazał mi naprawdę piękną bożnicę w Turcu.

I wtedy sprawdził Pan, czy Żydzi zabierają dzieci?

Tak, sprawdziłem, że to wszystko, co nam mówiono, że Żydzi biorą dzieci, to kłamstwa.
W tamtych czasach mówienie dzieciom takich rzeczy było naturalne, takie było wychowanie.

Czy pamięta Pan dzień I Komunii Świętej?

Nie, absolutnie nie pamiętam, nawet nie pamiętam, czy ja miałem I Komunię… Bierzmowanie miałem, w Palestynie, kiedy wydostaliśmy się z Rosji.

Jak pamięta Pan przedwojenny czas? Czy mówiło się o tym, że wkrótce będzie II wojna światowa?

Komunikacja ze światem w osadzie, gdzie mieszkaliśmy, była bardzo trudna, gazet było mało. Osada miała świetlicę, ale gazety były prawie że niedostępne. Słowo polskie było święte, naprawdę! Była biblioteka polska i można było wypożyczyć książki, brałem je do czytania.

Najbardziej pamiętam śmierć marszałka Piłsudskiego, pogrzeb. Mówiłem wiersz, bo miałem bardzo dobrą dykcję. Pogrzeb obchodziliśmy w Turcu, w mieście, tam była gmina i posterunek policji, zorganizowano duże obchody. Na osadzie, gdzie mieliśmy świetlicę, też były obchody śmierci Marszałka, miałem wtedy 7 lat . W rzeczywistości nie rozumiałem dużo, o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego ludzie płaczą, nie wiedziałem kim był Marszałek…

A jednak zapamiętał Pan, że to jest ważne wydarzenie..?

Tak. Było to ważne przeżycie, pamiętam. jak mówiłem wiersz. Kiedy były jakieś obchody, wyznaczano mnie do mówienia wiersza. Pamiętam też, że gdy byliśmy w cerkwi białoruskiej, były jakieś uroczystości, pamiętam białoruski obrzęd, mówiono nam, że można iść do cerkwi białoruskiej pod warunkiem, że nie będziemy brać udziału w obchodzie… W świetlicy na osadzie mieliśmy też kaplicę, gdzie odbywały się nabożeństwa majowe, litanie itd. Księdza nigdy nie widziałem. Komunikacja była utrudniona, podczas lata były duże wyboje, a podczas zimy duży śnieg. Wiem, że ksiądz czasem saniami przyjeżdżał do osadników, widziałem sanie i ktoś mi mówił, że to ksiądz przyjeżdża. Wiem, że ksiądz był w szkole… kazano nam pierścień całować, później unikałem tego, byłem dzieckiem, nie wiedziałem, co to znaczy, po co to jest... Ja księdza nie pamiętam, tylko jego rękę… Byłem mały, ksiądz nie był częścią społeczności – przynajmniej ja tego nie widziałem. Siostry zakonne uczyły nas religii w 1 i 2 klasie, ale kiedy skończyłem 5 klasę, wybuchła wojna, później już nie pamiętam, żeby były jakieś lekcje religii, kiedy byliśmy w tej białoruskiej, mieszanej szkole.

Pamięta Pan dzień wybuchu wojny?

Nie wiedziałem, co to jest wojna, miałem wtedy 11 lat, byłem za mały. W naszej osadzie nie było elektryczności, oświetleniem była lampa naftowa. Istniało już wtedy radio „na słuchawki” – prymitywne, ponieważ nie było elektryczności, trzeba było mieć baterię do radia. Pamiętam, że ludzie nie wiedzieli, co z baterią robić, jak ją używać, przyszli do mnie i zapytali, czy ja mogę to załączyć… Wtedy już chodziłem do szkoły. Załączyłem baterię i słyszałem głos, który mówił, ale nie mam pojęcia co, nie pamiętam. O Niemcach u nas nie było nic wspominane, mieszkaliśmy tak daleko, że nie widzieliśmy niemieckich samolotów…

To znaczy wiedzieliście, że wojna wybuchła, ale w Waszej osadzie nie było żadnych zmian?

Tak, żadnych zmian! 1 września 1939 roku poszliśmy do szkoły, również 2 i 3 września. Dopiero wtedy kierownik szkoły powiedział, żeby już więcej nie przychodzić, bo nauka została zawieszona. Ja nie pamiętam, dlaczego. Więcej pamiętam atak Rosjan…

Bawiłem się z kolegami, synami mojego ojca chrzestnego i kiedy do nich szedłem, to duże samoloty leciały, bombowce… Później w pobliżu zaczęła się strzelanina, nie pamiętam, kto strzelał i do kogo, ale było dużo wystrzałów i jedna pani widząc nas, że się bawimy, powiedziała: „Lepiej idźcie do domu, bo mama będzie się o was bała!” Biegłem i słyszałem, jak kule przelatywały, „gwizdały”, ktoś już wcześniej strzelał, kiedy uciekałem, ale nie sądzę, że do mnie. Zdążyłem dobiec do pola z ziemniakami i ukryłem się w rowku ziemniaków. Potem poszedłem do domu, ale w domu nie było nikogo, pobiegłem do sąsiada i tam też nikogo nie było, tylko jego najmłodszy syn siedział w kącie i mówił: „Nie wiem, gdzie są wszyscy…” Podobnie jak ja, był gdzieś poza domem i kiedy wrócił, nikogo nie zastał. Powiedziałem: „Chodź, wyskoczymy przez okno i pójdziemy w kierunku rowów melioracyjnych!” Akurat wtedy były one puste, była susza, wskoczyliśmy do trzcin i szliśmy, by gdzieś się schować, w oddali słychać było strzelanie, nie było pożarów, ale strzelanie. My byliśmy tylko obaj, ja i ten chłopak, byliśmy tak zmęczeni, że położyliśmy się spać. Kiedy obudziłem się rano około godziny 9.00, popatrzyłem do góry i było biało. Pomyślałem: „Widocznie te kule mnie zabiły i jestem w niebie!!!” Czekałem, by zobaczyć aniołów, tak jak na fotografiach, że latają nad nami. Patrzę, czy ktoś tam lata, ale nikogo nie było… wtedy wróciłem do rzeczywistości i pomyślałem, że nie jestem jeszcze w niebie, ale na ziemi i że to tylko mgła… Poszliśmy do domu. Nikogo w osadzie nie zabili. Ludzie wrócili do swoich domów.

Osadnicy – mężczyźni zostali zmobilizowani do wojny z Niemcami, wszyscy powyżej 18 roku życia. Osada była budowana około 1922 roku, więc jeśli chodzi o dzieci, najstarsze miały 16 – 17 lat. Wszyscy mężczyźni zostali powołani do wojska. Nikt nie wiedział, co będzie z wykopywaniem ziemniaków i czy przygotować rolę pod uprawę na rok następny, czy już nie… Później niektórzy mężczyźni zostali zwolnieni i wrócili, innych Rosjanie zabrali do Ostaszkowa, około 10 z nich wzięto do Rosji. Tych, których wypuszczono, później na nowo zabrano do aresztu i wywieziono do Rosji. Nie mieliśmy żadnych wiadomości.

Czy Pana ojczym został wzięty?

Tak, on był w Ostaszkowie. Natomiast mój ojciec chrzestny, który był wójtem, został zabity w Katyniu. Funkcja wójta oznaczała, że należy się do elity.

Ojczym też zginął?

Nie. Potem opowiadał, że cały czas Rosjanie chcieli mu wmówić, że jest szpiegiem, bo on też pochodził z Polski południowo-zachodniej, a wtedy pytano takich ludzi: „Po co tu zamieszkałeś, skoro się tu przeprowadziłeś koło rosyjskiej granicy, to znaczy, że musisz być szpiegiem!” Z ojczyma zrobiono szpiega, ale miał szczęście, ponieważ był w innym więzieniu niż to, z którego wywożono do Katynia. Wielu z wywiezionych do wspomnianego więzienia, zginęło w Katyniu, ale nie wszyscy, niektórzy wrócili i zamieszkali po wojnie w Polsce.

A kiedy Pana brata i mamę wywieźli?

W lutym 1940 roku. Przyjechali rano, dwóch żołnierzy i kazali się zbierać. Żołnierze rosyjscy byli bardzo dobrzy, mama płakała, ja nie wiedziałem, o co w rzeczywistości chodzi, oni powiedzieli: „Zabieraj wszystko!” Pytaliśmy: „Dokąd jedziemy?” Odpowiedzieli: „Do Waszych mężów i ojców, żeby nie byli sami!” Matka cały czas płakała. Widząc to, dwaj rosyjscy żołnierze, sami spakowali wszystko. Mówili do mamy: „Zabieraj wszystko, nic nie zostawiaj!” Zapakowane rzeczy włożyli na sanie i położyli też pierzyny, obłożyli nas nimi i zawieźli do stacji. Moja mama urodziła się w 1905 roku na terenie zaboru rosyjskiego i bardzo dobrze znała rosyjski język, a ja byłem z Białorusinami, więc po rosyjsku rozumiałem, niezbyt dobrze, ale rozumiałem. Byli to zwykli żołnierze. Kiedy przyjechaliśmy na stację, zauważyłem innych żołnierzy z karabinami, szczekające psy i usłyszałem hałas. Załadowano nas do wagonów. Dostaliśmy górną pryczę, były maleńkie okienka i mogłem przez nie patrzeć. Nie miałem pojęcia, o co w rzeczywistości chodzi, co oni do nas chcą??? Dla mnie to była przygoda, można powiedzieć. Choć zadawałem sobie pytanie: „Co my będziemy jeść, kto nam da jeść???” Najpierw jedliśmy to, co zabraliśmy ze sobą z domu.

Czy sąsiedzi z osady też z Wami jechali?

Tak, jechali, ale w różnych wagonach, zostaliśmy pomieszani, my byliśmy z ludźmi, których
w ogóle nie znaliśmy, nie wiedzieliśmy, skąd oni są. Oni, jak ich wysadzano z pociągu, odchodzili i nie byli w tym samym posiołku, ludzie z naszej osady byli w innych posiołkach, których było dużo. W podróży, pamiętam, było zimno i nie było co jeść, choć ja osobiście byłem przyzwyczajony do głodu, nie było to dla mnie nic nadzwyczajnego. Zimno było strasznie, ale jak człowiek młody, nie odczuwa tego tak bardzo…

Jak długo trwała podróż?

Kilka tygodni… pamiętam, jak jechaliśmy i przez małe okienko obserwowałem. Umiałem czytać po rosyjsku, gdyż w szkole miałem kolegę Białorusina, jego matka nauczyła mnie rosyjskiego alfabetu, znałem litery. Jechaliśmy przez Mińsk, Smoleńsk, bo napisy były i przez Moskwę. Wiedziałem, że Moskwa to stolica Rosji, była zima, ludzie szli, ale pociąg się nie zatrzymywał, jechał cały czas. Pamiętam, jak dawano jedzenie, chleb i gorącą wodę. Był strach, bo tylko starsi ludzie szli, by dostać wodę i chleb, ale nikt nie zapowiadał odjazdu pociągu… Pociąg zaczynał jechać i część ludzi musiała za nim biec, żeby zdążyć. Niektórzy zostawali… Na maleńkiej stacji Żarowo wysadzono nas i zabrano do posiołka, do tej osady, gdzie kiedyś byli Ukraińcy, którzy zostali wywiezieni wcześniej niż my, w latach trzydziestych. To oni ten 44 Żarowskij Posiołek budowali, nie był niestety ogrzewany. Weszliśmy do baraku, ściany oblodzone, do dziś pamiętam lód na ścianach… i my spaliśmy na podłodze tego baraku, na lodzie… Później były inne domy, przeniesiono nas gdzieś indziej, dostawaliśmy prycze, były kurtyny kocowe, które dzieliły barak na „dom” dla każdego. Tam prawie że umarłem, bo bardzo ciężko zachorowałem na tyfus. Matka poszła do lekarza, ale on powiedział: „Wie pani, że ja nic nie mogę zrobić, bo nie mam żadnych leków…” Miałem straszny ból głowy, słyszałem głos, jak on powiedział matce, że jeśli przeżyję tę noc, będę żył, jeśli nie, to umrę...

Pan to słyszał? Jak Pan zareagował?

Ja to słyszałem, nie mogłem zareagować, bo głowa bardzo mnie bolała… jednak przeżyłem, pamiętam później, że nie było co jeść, chodziłem do lasu zbierać maliny i żyłem malinami.

Chodził Pan w Rosji do szkoły?

Tak, tam w posiołku, była 4 klasa rosyjska. Siedziałem z moim kolegą w szkolnej ławce i my dwaj najlepiej znaliśmy język rosyjski. Pamiętam, że bardzo ładnie pisałem, umiałem kaligrafować wszystkie te slogany: „Niech żyje Krasna Armia!” – pisałem to na dużym papierze… Ja i mój kolega zdaliśmy czwartą klasę, byliśmy prymusami.

Czy za to była jakaś nagroda?

Zaproponowano nam, że zostaniemy wzięci do tzw. „Dziesięciolatki”, która była w odległości około 30 kilometrów od naszego posiołku, trzeba było tam zamieszkać. Powiedzieliśmy, że nie chcemy, chcemy zostać razem z naszymi matkami!

Co jeszcze pamięta Pan z czasów nauki w Rosji?

Pamiętam, że ciągle mówiono, że: „Stalin, to wielki wódz” oraz, że „Boga nie ma”, same głupstwa! Mówiono nam, że Stalin bardzo lubi dzieci. Więc pewnego razu postanowiliśmy napisać na tablicy: „Jeśli Stalin jest taki dobry i bardzo lubi dzieci, to dlaczego nie da nam trochę chleba?” Przyszła Rosjanka, żona komendanta obozu (tam był jeden komendant oraz dwóch enkawudzistów). Nie było żadnych zagród, dlatego że wokół rosła tundra, las, bagna, nie było gdzie uciec… kołchozy gdzieś dalej, biedne, rosyjskie… Wracając do napisu na tablicy, Rosjanka, kiedy to przeczytała, tak bardzo się przestraszyła, że sprowadziła dwóch enkawudzistów Usiedli w szkole, wyjęli swoje rewolwery i zapytali: „Kto to napisał?” Nikt nie chciał mówić. Wtedy NKWD kazało nauczycielce przynieść wszystkie zeszyty do sprawdzenia, by ustalić, czyje to pismo. Wiedzieliśmy już wcześniej, że tak będzie, dlatego na tablicy napisaliśmy o Stalinie lewą ręką i nie udało się udowodnić, kto to zrobił. Rosjanie przetrzymali nas w szkole do 12.00 w nocy i powiedzieli, że jeśli nie powiemy, kto to napisał, to zawiozą nas wszystkich do Władywostoka i nie zobaczymy już nikogo z rodziny. Nie mogliśmy powiedzieć kto to zrobił, to było słowo honoru. Siedzieliśmy cicho. O północy pozwolili nam wrócić do domu i zaznaczyli żeby więcej tego nie robić, bo następnym razem, przyjedzie ciężarówka i wywiezie nas stąd. To był największy strach jaki miałem w życiu!!!

Czy Pana przyrodni brat też był na Syberii w szkole?

On był w przedszkolu. Tam mógł się wyżywić, mniejsze dzieci otrzymywały pożywienie. To bardzo dużo nam pomogło, gdyby nie ta pomoc, dzieci nie dostały by nic do jedzenia. Starsze dzieci pracowały.

To znaczy, że Pan na Syberii jako dziecko pracował?

Kiedy skończyłem szkołę, razem z kolegą poszedłem na tzw. „lasówkę”. Trzeba było ciąć duże drzewa na mniejsze klocki, ale i tak nie można było zarobić, żeby otrzymać 400 gramów chleba i talerz zupy… Trzeba było oszukiwać i robić różne kombinacje, żeby dostać jedzenie. Były bloczki żywnościowe. Nikt nie stał nad nami, dostaliśmy dużą piłę, dwóch nas musiało ją nieść Wieczesław Matejczyk – później został biskupem prawosławnym – i ja. To, co od nas chcieli, było niemożliwe do zrobienia. Mieliśmy super nadzorcę, który brał to pod uwagę, on kłamał i my kłamaliśmy, wszyscy kłamali i dzięki temu przeżyliśmy, nie można było inaczej tego zrobić! Czytaliśmy później w gazecie, że była komisja, sprawdzająca ilość drewna. Bez dużych obliczeń w zapisach widniało, że my nacięliśmy tyle drzew, że można było całe miasto z niego zrobić… Kiedy drewno przetransportowano na okręt, to było go tyle, że nie wystarczyłoby na jeden dom, duże przekłamania!!! Ja nie wiem co oni chcieli z nami zrobić, była zima, śnieg dwa, trzy metry, rano trzeba było iść, za nim doszło się do drzewa i zaczęło się pracować, trzeba było najpierw wydeptać śnieg. Ścięte drzewo spadało znów w śnieg, którego czasem było pięć metrów, wtedy trzeba było śnieg odkopać, by odciąć gałęzie, a dopiero potem „pokroić” na klocki. Niemożliwością było, żeby pociąć to drzewo w ogóle… Było zimno i nie mieliśmy siły, żeby to zrobić, nawet dziecko wiedziało, że jest to niemożliwe! Pamiętam, że tylko jeden raz mieliśmy dostęp do ciepłej wody w umywalce, myli nas pod parą, w pozostałych sytuacjach myliśmy się w zimnej wodzie, jeśli w ogóle myliśmy się, były pluskwy i wszy na porządku dziennym.

Pozostawaliście tam aż do amnestii, a po niej, jak potoczyły się losy?

Po amnestii, żeby wyjechać, trzeba było zapłacić, każdy musiał zapłacić za przejazd do tzw. „Armii Polskiej”, która się formowała. W wielu przypadkach, kiedy były same kobiety z dziećmi, nie miały pieniędzy na to. W naszym posiołku byli polscy mężczyźni, oni zorganizowali wyjazd. Wszyscy składali pieniądze, kto ile mógł, żeby wyjechać. Jeśli ktoś nie mógł, dał tylko 2 ruble, to też wystarczyło, została tylko jedna rodzina, która tak zdecydowała, a reszta wyjechała. Tym razem wywożono nas traktorami. Pamiętam jak siedziałem na traktorze, w drodze do najbliżej stacji kolejowej Żarowo. Załadowano nas do wagonów umeblowanych w takim samym stylu jak pociąg, którym nas wieziono do Rosji (notabene).
I pociąg ruszył w dal Rosji, z nadzieją, że dojedziemy do Polskiej Armii formującej się gdzieś na południu Rosji. Nie wiedzieliśmy gdzie, ale jechaliśmy z nadzieją, że ją znajdziemy. Ze względu na front bezpośrednie linie kolejowe, idące z północy na południe Rosji, były niedostępne dla cywilnego transportu. By dostać się z północnej do południowej Rosji, trzeba było jechać najpierw na wschód, a później zawrócić i jechać na południowy zachód i znaleźć tę Polską Armię. Była to długa droga, jechało się z Kotłasu do Czelabińska, Omska, Nowosybirska, Krasnojarska, Irkucka, a następnie do Ałma-Aty i Taszkientu, aż wreszcie do Kermine. Tam nas wysadzili z pociągu i kazali szukać pracy oraz polskiej armii. Trzeba dodać, że ta droga, to była gehenna. Była wojna, 100 tysięcy Rosjan uciekało z zachodu od Niemców na wschód. Oprócz tego przez 20 lat Rosjanom nie wolno było podróżować, a teraz „drzwi się otwarły” i każdy Rosjanin mógł jechać, gdzie chciał. Większość transportów kolejowych była zarezerwowana dla wojska. Jak pociąg zatrzymał się na stacji kolejowej, każdy chciał się do niego dostać. Stacje kolejowe były przepełnione ludźmi, którzy walczyli, by dostać się do pociągu. To było piekło, kwestia życia i śmierci, walka, by dostać się do pociągu! W Kermine tworzyła się V Dywizja, ci którzy mogli, zaciągnęli się do wojska, a reszta poszła do pracy w kołchozach. Ja nie chciałem pójść do kołchozu, więc rozstałem się z mamą.

Było bardzo gorąco i nie było co jeść, znaleźliśmy się na pustyni i ktoś mówi: „Jeśli chcesz jeść, musisz polować na żółwie!” Zapytałem: „Co z żółwiami mam zrobić?” I człowiek odpowiedział mi, że mi pokaże. Nie pamiętam tej osoby, ale do dziś „widzę”, że leży żółw na plecach i jest dużo krwi. Człowiek ten powiedział mi: „Złapiesz żółwia, położysz go na plecach, wyrwiesz z niego całe wnętrze i tam są jajka, możesz je jeść.” Tam było tyle krwi, że nie pamiętam, żebym złapał jakiegoś żółwia…

Wspomniał Pan, że tam rozstał się z mamą, jak to się stało...?

Powiedziałem mamie, żeby z moim przyrodnim bratem poszła do kołchozu, a ja zaciągnę się do wojska. Poszedłem do posterunku i zgłosiłem, że chcę zapisać się do Armii Polskiej. Zapytano mnie: „Ile ty masz lat?” Odpowiedziałem: „szesnaście”, a posterunkowy popatrzył na mnie i powiedział: „To nieprawda, weź karabin i zobacz…”, a karabin był większy ode mnie…

Ile tak naprawdę miał Pan wtedy lat?

Czternaście. Posterunkowy odpowiedział mi: „Widzisz, ja nie mogę ciebie wziąć!” Odchodziłem, nie wiedząc, jak dalej przeżyję, co będę robił? Posterunkowy zawołał mnie i powiedział: „Chodź tu, synu, wiesz, ja słyszałem, że tu będą organizować szkołę dla takich jak ty. Tutaj jest lepianka, idź do niej, tam przychodzą ci, którzy zaciągnęli się do wojska i tam możesz wieczorem dostać talerz zupy. Wieczorem poproś, to oni dadzą ci zupę, jak jej zostanie, a o szkole powiem Ci, jak zaczną ją organizować.” Nie wiem, czy to ze względu na to, że było bardzo źle, czy z innego powodu, nie wiem, jak ja to wytrzymałem. Ja „widzę” tylko w tym mieście rosyjskie sieroty, też takie jak ja. Patrzyłem, co oni robili, aby przeżyć. Organizowali się w bandę i mieli ustalone, że dwóch pójdzie, zacznie walczyć ze sobą, trzech pójdzie stać i czekać na czatach, a kolejny ukradnie mleko czy cokolwiek innego, co się da i uciekają do swoich kryjówek, gdzie mogą zjeść. Pamiętam, jak traktory jechały, zapełnione stłoczonym słonecznikowymi makuchami. Makuchy były to zgniecione pestki ze słonecznika, z którego olej został wyciśnięty, a następnie te pestki razem z pozostałością oliwy zostały sprasowane olbrzymią prasą na kwadraty w kształcie 1 metr długości na 1 metr szerokości, grubość 5 centymetrów, przeznaczone jako pasza dla krów. Jeden albo dwóch chłopców skakało na traktor i zrzucało te makuchy, a czekające dzieci podejmowały je i wysysały oliwę, która tam była. Jak wspominałem, makuchy były paszą dla krów. Chłopcy wyciskali z nich jeszcze więcej oleju i sprzedawali go na rynku, a to co zostawało, dawano krowom. Widziałem, jak dzieci skakały na to i ssały resztki oliwy, w ten sposób sobie radziły z głodem.

Czy Pan dołączył do nich?

Czy ja byłem razem z nimi, żeby przeżyć, nie mam pojęcia, pamiętam tylko, jak spałem w kącie koło lepianki na piasku, było tam gorąco. Mama i brat byli w kołchozie, nie wiem w jakim i gdzie. Nie pamiętam, w jaki sposób dostałem się do szkoły junackiej, ale się dostałem. W Narpaju, gdzie była zorganizowana szkoła, pamiętam piękną zieloną trawę, oraz pustynię. To było w Uzbekistanie. Pamiętam też duży kocioł z wodą, była to woda do picia, bardzo chlorowana, można było się napić, dostaliśmy koce i spaliśmy na ziemi. Umiałem ładnie pisać i sierżant kolonii kampanii, starszy człowiek z wojska polskiego, mówiący rosyjsko-wileńskim akcentem, który nie umiał pisać, powiedział: „Ty będziesz moim sekretarzem!” Prowadziłem całą ewidencję, zapisywałem imiona nazwiska, czy ktoś żyje itd. Za tę pracę otrzymywałem jedzenie, ale byliśmy tak wygłodzeni, że nie wolno nam było dużo jeść. Jeśli dostaliśmy kawałek chleba, trzeba było jeść powoli, żeby organizm źle nie zareagował, by nie umrzeć. Tam zachorowałem na czerwonkę.

To ciężka choroba, ktoś Panu wtedy pomógł?

Poszedłem do szpitala, było bardzo gorąco, widziałem przed sobą barak, nie było okien, tylko dziury. Lekarz zapytał mnie: „Po co ty tu przyszedłeś?” Odpowiedziałem, że mam czerwonkę, a on na to: „To co z tego, że masz czerwonkę, ja nie mam żadnych lekarstw, nic nie mam, nie pomogę Ci!” Było łóżko i lekarz powiedział mi, że jeśli chcę, mogę na nim leżeć. Położyłem się i widziałem przechodzących ludzi, chorych na czerwonkę. Lało się z nich, zanim doszli do progu, „wylewało się” z nich, wracali z powrotem do łóżek i za około pół dnia umierali. Zabierano ich, widziałem dwa głębokie rowy, tam składano zmarłych na czerwonkę i zasypywano wapnem. Na skutek tego widoku, wstałem i stwierdziłem: „W takim razie wyzdrowiałem!” Uświadomiłem sobie, że jeśli tam zostanę, to umrę. Była to moja silna wola, że ja jestem „all right” (w porządku), że wszystko ze mną dobrze! Wyzdrowiałem! Pomogło mi samozaparcie, że dam radę, że wszystko będzie w porządku. Pamiętam obóz, był otoczony drutem, byliśmy w nim kilka miesięcy, zostaliśmy odgrodzeni od świata, żeby nikt nie wchodził i słyszałem matkę, jak mnie wołała, żebym dał jej choć trochę jedzenia, bo w kołchozie było bardzo ciężko… Miałem trochę chleba, bo nam dawano jedzenie, podzieliłem się z nią. Za jakiś czas powiedziano nam, że będziemy ewakuowani do Persji. Mieliśmy pociąg wojskowy do Krasnowodzka, zostaliśmy wyposażeni w jedzenie, otrzymaliśmy olbrzymie czekolady i mleko. Poinformowano nas, żeby nie jeść tego „na raz”, bo umrzemy, ale po trochę, w odstępach czasowych. Pociąg zatrzymał się przed portem w Krasnowodzku. Trzeba było pieszo od pociągu dojść do bramy, odległość wynosiła około 5 kilometrów, po jej pokonaniu, było się już poza Rosją. Przy bramie stało dwóch enkawudzistów i jeśli ktoś posiadał rosyjskie pieniądze czy dokumenty, trzeba było wszystko oddać.

To znaczy, że byliście przeszukiwani?

Nie, gdybym wiedział, że nie będą przeszukiwać, nie wyrzuciłbym… Jedyny dokument który miałem, to rosyjskie zaświadczenie „Udostoverenie”, że jestem wolnym człowiekiem. Słońce bardzo prażyło, niosłem plecak ze wszystkim, co miałem i byłem tak zmęczony… Szedłem, bo wiedziałem, że muszę pokonać tę odległość, jeśli zostanę, jeśli nie dojdę do posterunku, to umrę. Za posterunkiem stał okręt i wpuszczano do środka. Było dużo ludzi, okręt brudny. Ja nie pamiętam, żeby ktoś dawał nam jedzenie… Następna rzecz, którą pamiętam, to dzień, kiedy dotarliśmy do Persji, do Pahlevi i zeszliśmy z okrętu. Wszystko co mieliśmy na sobie, musieliśmy zrzucić, absolutnie wszystko. Goło wchodziliśmy pod prysznic i po kąpieli dostawaliśmy nowe ubrania. Było tam ciepło i pięknie, wypoczywaliśmy, pływaliśmy w morzu, otrzymywaliśmy jedzenie, dokarmiano nas. My byliśmy tylko szkieletami….

Czy mama też dotarła do Persji?

Chyba tak, ale ja już nie spotkałem się z nią. Niektórzy spotkali tam swoich rodziców, ale ja nie. My byliśmy w Pahlevi w obozie wojskowym, a były też obozy cywilne i w nich niektórzy spotykali rodziców. Pamiętam, że później długo odpoczywaliśmy, dostawaliśmy jedzenie, choć nie wolno nam było dużo jeść, kąpaliśmy się w wodzie, jedliśmy, spaliśmy i dochodziliśmy do życia… W Pahlevi byliśmy kilka miesięcy. Stamtąd wyruszył konwój do Teheranu. Były namioty zbudowane dla nas i powiedziano nam, że czekamy na dalsze transporty do Palestyny. Mieliśmy wycieczki do Teheranu do miasta, ale bardzo mało pamiętam stamtąd.

Jakie są Pana wspomnienia z podróży do Palestyny…

Jechaliśmy do Palestyny, długo… chyba parę tygodni, ciężarówkami. Dlatego że był to transport wojskowy, zawsze zajeżdżaliśmy do jakiegoś obozu wojskowego i tam dostawaliśmy jedzenie i spaliśmy. Pamiętam w jednym z obozów stały namioty i był pokój jakby w piasku… Nagle zerwał się potężny wiatr, zerwał namioty i zostaliśmy w piasku, który dostał się do oczu, uszu, ust… wszędzie. Nie byliśmy tam dłużej jak tydzień. Potem jechaliśmy przez Bagdad. Zawieziono nas do Palestyny. Tam podzielono nas, kto do jakiej szkoły pójdzie. Była szkoła mechaniczna, lotnicza i szkoła kadetów. Przyszli oficerowie wojska Polskiego i dzielili nas na podstawie rozmowy kwalifikacyjnej. Mnie przyjęto do I klasy gimnazjum. W Palestynie skończyłem gimnazjum i liceum. Byłem tam 5 lat. W szybkim tempie skończyłem naukę w obu szkołach.

 

1

 Czas wolny w gronie kolegów. Ignacy Krajewski (trzeci od lewej strony), Palestyna, 04.05.1945 r.

 

2

W Palestynie, kadeci i junacy podczas uroczystości przyjęcia sakramentu bierzmowania

 

Proszę opowiedzieć o tym czasie.

Dla mnie to był naprawdę chyba jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia. Nie potrzebowałem myśleć, skąd zdobędę chleb. Potrzebowałem tylko się uczyć i wykonywać różne inne rzeczy. Mieszkaliśmy najpierw w Kastinie, a następnie w Barbarze, gdzie był obóz dla szkoły kadetów. Zajęliśmy miejsce opuszczone przez jednostkę angielską. W szkole wojskowej mieliśmy podwójny system uczenia się. Od rana odbywały się lekcje: matematyka, historia, geografia itd. Jak w każdej normalnej szkole. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli, byli nimi przedwojenni profesorowie z gimnazjum i liceum. Po południu mieliśmy zajęcia wojskowe: ćwiczenia, musztra, rozbieranie karabinów, strzelanie, zapoznanie się, jak rzucać granatem i jak iść do ataku. W szkole uczono nas też języka angielskiego, ale nie wiedzieliśmy, po co my się go uczymy, bo mieliśmy wyjechać do Polski. „Co będę robił z angielskim językiem…?” Nigdy nie myślałem, że będzie on aż tak przydatny. Język angielski w hierarchii przedmiotów był dla mnie na ostatnim miejscu. Dopiero kiedy przyjechaliśmy do Anglii, uwierzyliśmy, że nam jest potrzebny język angielski…

 

3

Ignacy Krajewski, młody kadet w mundurze. Dzień otrzymania naramienników na kadeta, Palestyna 1943 r.

 

Jak wyglądało zakwaterowanie uczniów w palestyńskiej Szkole Kadetów?

Było tam pięć naszych kompanii, dwie czy trzy mieszkały w drewnianych barakach, a reszta
w namiotach po sześciu. Byliśmy młodzi, to był idealny czas, podczas wakacji wywożono nas na pływanie w Morzu Śródziemnym, była piękna pogoda oraz dobre jedzenie. Wielu Żydów, którzy mieszkali w Tel Awiwie, Jerozolimie i Hajfie, znało język polski. Pamiętam, że kiedy wchodziłem do sklepu, kupowałam książki, można było po polsku rozmawiać… Nasi wychowawcy dbali o to, abyśmy zwiedzili jak najwięcej tych bardzo historycznych okolic, w których tymczasowo mieszkaliśmy. Nasz obóz był położony niedaleko Jerozolimy i Betlejem, dlatego wycieczki do znaczących miejsc położonych w Palestynie odbywały się bardzo często.

Zwiedzał Pan Ziemię Świętą?

Tak. Kilka razy byliśmy w Ogrodzie Oliwnym. W Bazylice Grobu Chrystusa byliśmy jeden raz. Można było wejść do wnętrza grobu i dotknąć się go, było to wspaniałe przeżycie. Byliśmy też w Tyberiadzie i Jaffie. Zwiedzaliśmy Betlejem. Mieliśmy zdrowotną kąpiel w Morzu Martwym. W naszej kuchni pracowali Arabowie. Kiedy jeździliśmy z obozu do Morza Śródziemnego na kąpiele, przejeżdżaliśmy przez wioski arabskie wojskowymi pojazdami. Jadąc przez takie wioski trzeba było zamknąć oczy i zatkać nos, bo „wszystko” lało się po ulicy, był wielki brud, Arabowie byli bardzo biedni.

 

4

Ignacy Krajewski w drodze do Kairu (z prawej strony)

 

Odbywały się wyjazdy do bardziej odległych miejsc?

Jeśli chodzi o takie wyjazdy, to były one organizowane podczas wakacji. Mieliśmy możliwość wyjazdu do Libanu, Syrii oraz Egiptu. Ja szczególnie pamiętam wycieczkę do Libanu, gdzie widzieliśmy cedry libańskie, jak również bardzo słynną, starą, zrujnowaną świątynię rzymską. Pamiętam też wycieczkę do Syrii, do Damaszku, gdzie spacerowaliśmy przez słynne ulice sklepów arabskich. Nie było mowy o jakichkolwiek zakupach, bo nie mieliśmy pieniędzy. Najbardziej interesującą wycieczką dla mnie było zwiedzanie starożytnych zabytków Egiptu. Ta wycieczka trwała chyba kilka tygodni, była ograniczona do niewielkiej liczby kadetów. Jak się na nią dostałem? Naprawdę nie pamiętam… W Kairze zwiedzaliśmy słynne muzeum, w którym są zakonserwowane zabytki egipskich faraonów. Dla mnie bardzo interesujące były: złota maska Faraona Tutanchamona i wszystkie przedmioty, które były pochowane razem z nim, jako potrzebne w jego podróży do boga. Zwiedziliśmy również piramidy Giza oraz widzieliśmy Sfinksa. Mieliśmy również okazję zwiedzić najstarszy meczet w Kairze, ma około 1000 lat i był też jednym z pierwszych uniwersytetów. Zobaczenie tego miejsca było dla nas wielkim zaszczytem i wyjątkiem, dlatego, że „niewiernym” nie wolno było wchodzić do tego meczetu. Podczas pobytu w Kairze, naszym przewodnikiem był porucznik, który mówił i pisał po arabsku. Niestety, nie pamiętam jego nazwiska. Pochodził on z plemienia Tatarów osiadłych w Polsce. Postarał się dla nas o specjalne pozwolenie na wejście do tego meczetu. Powiedział nam, że jesteśmy wyjątkiem spośród tych, którzy mogą wejść do meczetu. Po bardzo krótkim pobycie w Kairze pojechaliśmy pociągiem do Luksoru, który jest położony w odległości ponad 600 kilometrów na południe od Kairu. Podróż była bardzo uciążliwa ze względu na temperaturę, która wahała się pomiędzy +30, +40 stopni Celsjusza. Podróż pociągiem do Luksoru zajęła nam około 24 godziny, ale było warto pojechać. Zwiedziliśmy piękne grobowce faraonów. Nie było już ich sarkofagów, gdyż setki lat temu zostały zrabowane przez złodziei. Byliśmy wówczas jednymi z nielicznych Polaków, którzy zwiedzili Luksor.

 

5

Wycieczka do Luxor, Ignacy Krajewski na osiołku (czwarty od lewej strony)

 

6

Generał Sikorski na trybunie podczas defilady Szkoła Kadecka, Junacka i Młodszych Ochotniczek, Palestyna

 

7

Ostatnia defilada (w kilka dni po tej defiladzie generał Sikorski zginął w katastrofie pod Gibraltarem). Generał Sikorski przyjmuje apel. Dowódca Szkół Kadeckich i Junackich melduje, że szkoły są gotowe na defiladę. Palestyna 1943 r.

 

8

Generał Sosnkowski, dowódca Armii Polskiej rozmawia z Junakami po śmierci generała Sikorskiego, Palestyna

 

9

Generał Anders w odwiedzinach w obozie

 

10

Ignacy Krajewski w palestyńskim ogrodzie…

                                                           

Jak w Palestynie traktowali Was Żydzi?

Żydzi byli dla nas życzliwi. Walczyli o swoją wolność z Anglikami, dlatego chcieli przyjąć z Europy jak najwięcej swoich uciekinierów. Na naszych wojskowych ciężarówkach mieliśmy chorągiew polską i naszywkę na rękawie, po której można było poznać, że jesteśmy Polakami. Żydzi nam powiedzieli: „Nie łapcie ciężarówek angielskich, tylko musicie jeździć swoimi ciężarówkami z polską flagą, wtedy macie pewność, że was nie ruszymy!” Nie było żadnego problemu w przemieszczaniu się po kraju. Wyjechaliśmy w 1947 roku z Palestyny, podczas największego nasileniu konfliktu Izraela z Anglią, miałem wtedy 19 lat.

Kiedy była likwidacja obozów, dokąd można było jechać?

Można było jechać do różnych krajów pod warunkiem, że otrzymało się wizę, a do tego potrzebny był polski paszport. Ja nie miałem paszportu polskiego, więc musiałem jechać do Anglii czy chciałem, czy nie chciałem! Celem naszej Szkoły Kadetów, było dać takie wykształcenie, że po ukończeniu uniwersytetu chcielibyśmy wrócić do armii i zostać zawodowymi żołnierzami. Niestety los zechciał inaczej! Dla nas Armia Polska przestała istnieć, więc musieliśmy robić karierę gdzie indziej.

Pan dotarł do Anglii… kiedy i w jaki sposób?

W 1947 roku, podróż odbyła się okrętem wojskowym, spaliśmy na pryczach, płynęliśmy z Anglikami, nasza grupa była pod opieką jakieś angielskiej dywizji. Pamiętam, że na Morzu Śródziemnym podróż przebiegała pomyślnie, natomiast jak wpłynęliśmy na Atlantyk, okręt tak się kołysał, że większość osób była chora. Anglicy wołali na jedzenie, ale nikt nie chciał jeść. Przypłynęliśmy do Southampton i byliśmy w przejściowym obozie w Amersham. Kiedy skończyła się wojna, miałem 17 lat. Nie mogłem być przyjęty oficjalnie do wojska, byłem za młody. Koledzy, którzy mieli 18 lat, zostali zapisani do wojska, wstąpili do PKPR – Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. Mnie brakowało wymaganego wieku, nie miałem nic, ani pieniędzy, zdobywałem pieniądze, bo już dość dobrze zacząłem mówić po angielsku.

Podjął Pan pracę czy kontynuował naukę?

Zostawiono mnie w obozie, nie wiedziałem, co to jest fabryka, chciałem się uczyć, nie chciałem „kopać rowów”. Był specjalny oddział, w którym można było dostać stypendium wojskowe dla osób stacjonujących przy wojsku polskim. Jeśli chodzi o stypendium, było je łatwo dostać, bez żadnego problemu, najtrudniej było dostać miejsce na Uniwersytet czy do jakiejś innej uczelni, dlatego, że cała Angielska Armia się zdemobilizowała, oni też chcieli się uczyć. Dużo ludzi dostało się na studia do Irlandii na medycynę, ja wtedy nie wiedziałem, że istnieją takie możliwości. W Anglii nie mogłem się dostać, musiałem czekać, a żeby czekać, musiałem mieć pieniądze. Wziąłem więc stypendium, otrzymałem miejsce w College inżynieryjnym w Blackburn. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy tam przyszedłem, były duże ławki, cały college bardzo duży, przyszli wszyscy. Było nas pięciu ze Szkoły Kadetów i siedmiu pilotów polskich. Zacząłem kurs na inżyniera tekstylnego, ale nie podobał mi się, niestety, nie mogłem go porzucić. Zasada była taka, że jeśli otrzymałeś stypendium, trzeba było je wykorzystać. By dostać się na uniwersytet angielski trzeba było mieć ukończony egzamin: „A-level, intermediate” z wynikiem przynajmniej „C”, w zależności, do jakiego uniwersytetu planowało się dostać. Uczyłem się inżynierii, by na bieżąco być przygotowanym do szkoły, do której uczęszczałem, a wieczorem uczyłem się przedmiotów, które były mi potrzebne, żeby dostać się na uniwersytet, na wydział wiedzy ścisłej „Science”. Jak wspominałem, trzeba było zdać egzamin z wynikiem „C” minimum z trzech przedmiotów. Wybrałem 4 przedmioty: matematykę ogólną, matematykę stosowaną, fizykę oraz chemię. Egzamin zdałem z najwyższym wynikiem „A” z trzech przedmiotów i z wynikiem „C” z czwartego przedmiotu, więc mogłem zacząć uczęszczać na uniwersytet wiedzy ścisłej. Matematyka była dla mnie bardzo ława, dlatego postanowiłem po pierwszym roku zdać egzamin z matematyki z dwóch części: matematyki ogólnej i matematyki stosowanej. Wszystko, jeśli chodzi o matematykę zdałem po roku, a następne 3 lata poświęciłem fizyce oraz nauce języka niemieckiego – technicznego. Dla mnie problemem była chemia, dlatego że po humanistycznym liceum miałem zbyt wąski zakres lekcji z chemii, brakowało mi wiedzy. By dostać się na uniwersytet, warunek pozostawał niezmienny: trzeba było mieć zdany egzamin przynajmniej z 3 przedmiotów, a ja je zdałem z najlepszym wynikiem. Jako nagrodę dostałem książkę: „Electronic”. Ta książka zainspirowała mnie tak bardzo, że postanowiłem podjąć kurs elektroniki.

Jak już wspominałem, zdałem bardzo dobrze fizykę i matematykę: „Pure maths” i „Applied maths” (matematykę stosowaną). Wszystkie te przedmioty zdałem z wynikiem „A” i to umożliwiło mi dostanie się na uniwersytet. Zostałem przyjęty do London University. Tam tylko zdawałem egzaminy. Lubię elektronikę i wybrałem ten kierunek. Wiedziałem o wiele więcej, niż inni, bo się tym interesowałem, stosowałem elektronikę w praktyce, studiowałem zaocznie. Mieszkałem w Birmingham i Nottingham. Tam chodziłem na wykłady w sobotę wieczorem, po zdanej w całości matematyce mogłem skoncentrować się tylko na fizyce. Później zdałem fizykę. Znalazłem sobie pracę w elektronicznej firmie. W sobotę miałem cały dzień wolny, pozwalano mi na studiowanie, oprócz tego miałem cały dzień wolny w tygodniu oraz wieczory na naukę fizyki i matematyki stosowanej. Zdawałem już ostatnie egzaminy, z każdego działu danego przedmiotu. Trzeba było jechać do Londynu i tam je zdawać. Ostatnie do zadawania były egzaminy praktyczne. Modliłem się, żeby mi dano pytanie z elektroniki.

I dostał Pan?

Tak. Przychodzę, dostałem papier egzaminacyjny i godzinę na napisanie. Popatrzyłem na pytania i wszystkie były dla mnie bardzo łatwe, roześmiałem się i egzamin z fizyki zdałem z wyróżnieniem. W Anglii wówczas nie liczono się z tym, jakie masz stopnie z egzaminu, ale co potrafisz wykonać, jakie masz umiejętności. Pracowałem przy projektowaniu narzędzi pomiarowych dla obwodów scalonych. Robiłem różne narzędzia, pracowałem w firmie Ericsson Nottingham, zajmującej się obróbką kryształów. Moim zadaniem było dostarczyć automatycznych narzędzi, które mogłyby robić pomiary automatycznie na kryształach, a na każdym z nich było bardzo dużo „rzeczy”, które należało pomierzyć i zmieścić się z pomiarem w odpowiednim czasie.

Co działo się w Pana życiu prywatnym?

Ożeniłem się. Poznałem żonę w Melton Mowbray, była siostrą mojego kolegi. Ona też przybyła do Anglii po wojnie, ale miała inną drogę niż ja, przyjechała z Indii. W 1955 roku małżeństwo pobłogosławił nam polski ksiądz, ale w angielskim kościele, bo wtedy jeszcze nie było kościoła polskiego. Obecnie w Melton Mowbray jest zbudowany duży kościół polski
i funkcjonuje parafia. Poszliśmy razem, poprosić księdza o ślub, zapytaliśmy, ile złożyć na ofiarę, nie mieliśmy pieniędzy ani ja, ani żona. Ksiądz powiedział, że nie trzeba żadnych pieniędzy i że ślub się odbędzie.

 

11

Z żoną w Nowym Yorku, 1984 r.

 

12

W Wenecji, 1990 r.

 

13

W Zakopanem, 2000 r.

Gdzie zamieszkaliście?

Trzeba było znaleźć dom. Otrzymałem służbowe mieszkanie w Stevenage w pobliżu Welwyn Garden City koło Luton. Stevenage to miasto zbudowane zaraz po wojnie, żeby ludzie, którzy w Londynie na skutek wojny stracili mieszkania mogli się przenieść do tego miasta i mieli gdzie zamieszkać. Budowano domy, fabryki i było zapotrzebowanie na inżynierów elektroników. Gdy dostawało się tam zatrudnienie w pracy, to również oferowano mieszkanie. W 1957 roku otrzymałem pracę zawiązaną z konstrukcja komputerów. Chcieliśmy dogonić Amerykanów, ale to nie było już możliwe. Miałem za sobą praktykę w pomiarach kryształowych, z których robiło się różne obwody. Moim zadaniem było budowanie początkowych komputerów używając obwodów, które wówczas były bardzo drogie. Nikt wtedy nie przypuszczał, że kiedyś to będzie tanie, pracowałem nad skonstruowaniem obwodów, by były jak najtańsze przy produkcji komputerów. Dostałem mieszkanie, ale za mało mi płacono i podjąłem pracę
w firmie telefonicznej. Zajmowała się ona robieniem olbrzymich stacji telefonicznych dla Państwa. Jedna taka maszyna miła ćwierć miliona komponentów, które niestety często się psuły. Trzeba było je naprawiać. Jako że pracowałem wcześniej w konstrukcji komputerów, miałem doświadczenie w tej dziedzinie. Moim zadaniem było zobaczyć i znaleźć, co powoduje to, że obwód się psuje. Zostałem specjalistą od wykrywania usterek w systemach scalonych. Poprzednia firma zaoferowała mi wyższą zapłatę i chciała, abym znów do niej wrócił.

Wrócił Pan?

Tak. Moim zadaniem było zaprojektowanie maszyny, która by automatycznie robiła „test board”, na których małe rzeczy były przyczepiane. Byłem odpowiedzialny, jak przetestować taką maleńką rzecz, która potrzebuje miliony testów, żeby była dobrze działającą częścią. Trzeba było pisać programy, które gwarantowały, że ta rzecz jest „all right”. Niestety, testy te były bardzo skomplikowane i były problemy innego rodzaju. Trzeba było znaleźć w komputerze, zrobionym z systemów scalonych, która mała rzecz się zepsuła i co było tego powodem. Pracowałem prawie 24 godzinny dziennie, praca wymagała intensywnego myślenia. Tak intensywnie funkcjonowałem około 5 lat i wyczerpałem moje intelektualne możliwości. Powiedziałem, że ja już nic więcej nie mogę dać i wszystko, co mogłem dać, to już zostało przeze mnie dane. Firma była bardzo wyrozumiała, pracowałem w niej jeszcze 5 następnych lat do emerytury i płacono mi tyle samo co poprzednio, oprócz tego otrzymałem specjalną odznakę i zostałem doradcą w firmie. Kiedy był jakiś problem, proszono mnie o pomoc. Ja nie znam polskiego słownictwa technicznego i jest mi trudno mówić o problemach technicznych. Odpocząłem, ale po miesiącu już próbowałem robić rzeczy, na które nie miałem czasu wcześniej.

 

14

Ignacy Krajewski z kolegami w pracy (pierwszy z lewej strony), 1954 r.

 

Jeśli mogę się dowiedzieć, czym „nowym” Pan się zajmował ?

Polacy zaczęli przyjeżdżać do Anglii tirami i nie znali języka angielskiego. Anglicy mieli wielki kłopot w kontakcie z nimi. Policja angielska zgodziła się, że mogłem w tym zakresie pomagać. Było to dla mnie bardzo interesujące. Dowiedziałem się jakie mają problemy. Kiedy mieszkałem przez okres około 15 lat w Crewe, tamtejszy college organizował kursy języka angielskiego. Pomagałem Polakom wypełniać dokumenty, by mogli dostać się na kurs. Najpierw przyjeżdżali mężczyźni, a później sprowadzali rodziny i potrzebny był wynajem domu. Z tym związane było załatwianie wielu formalności i wymaganych dokumentów. Wielokrotnie pomagałem Polakom przy wynajmie domu w Anglii.

Angażował się Pan społecznie w parafiach polonijnych?

Najpierw w latach sześćdziesiątych, byłem zaangażowany we współpracę z księdzem Franciszkiem Herrem, który do Anglii przyjechał po wojnie z obozu koncentracyjnego, z Dachau. Celem naszej współpracy było zakupienie domu w Hitchin Letchworth, który stałby się duszpasterskim ośrodkiem polonijnym dla mieszkających w okolicach rodaków. Gromadziliśmy pieniądze organizując różne zabawy i dochodowe przyjęcia, niestety zbiórki były niewystarczające, gdyż dom kosztował 16 tysięcy funtów, na owe czasy, była to bardzo duża suma pieniędzy. Ksiądz Franciszek Herr zaproponował, by założyć spółkę, która sprzedawała akcje na zakup domu wraz z posesją, następnie dom został zakupiony. Ksiądz włożył wiele trudu w remont nabytego budynku i w dużej mierze prace budowlano-remontowe przeprowadził samodzielnie. Niestety nie było to trwałe dzieło. Ze względu na małą ilość ludzi nie udało się utrzymać parafii i trzeba było sprzedać budynek. Po przejściu na emeryturę przeprowadziłem się wraz z żoną do Crewe, gdzie też angażowałem się we współpracę z Kościołem. Około 10 lat byłem prezesem parafii w Crewe. Proboszczem, z którym tam współpracowałem, był ksiądz Józef Woźniak - chrystusowiec.

Jeździł Pan do Polski?

Tak, jednego razu byłem podczas komunistycznych czasów. Mojej żony ciocia mieszkała w Warszawie, była właścicielką sklepu. Pojechaliśmy do niej i spędziliśmy w Polsce jakieś dwa tygodnie. Piękna przygoda. Kiedy przyjechaliśmy ze Słubic w niedzielę do cioci żony i wieczorem poszliśmy spać, rano w poniedziałek, ciocia mówi do mnie: „Proszę idź i pomóż mi zameldować was w biurze.” My nie musieliśmy się meldować z niczym, oni musieli nas zameldować… Ciocia mówiła, że ma duży problem, że przyjechaliśmy w niedzielę, nie mogła nas zameldować, dlatego, że w niedzielę biura są zamknięte. Nie wierzyli jej, że tak było, że przyjechaliśmy w niedzielę, bo biura w niedzielę też powinny być otwarte. Ubrałem się i zszedłem do biura. Jak ono wyglądało? - połamany stół, brudne krzesła… Tylko weszliśmy, urzędniczki zaczęły krzyczeć jedna na drugą. Jedna z pań zaczęła krzyczeć: „Jak to możliwe, że oni przyjechali w niedzielę, skoro nie są zapisani, a druga krzyczała, że to wszystko kłamstwo!” Ja zapytałem: „Czy jest jakiś sposób załatwienia sprawy bez krzyczenia?” Urzędniczka zapytała: „Ale jaki?” Ja na to: „ A co by się stało, gdym ja w niedzielę nocował np. w Żelazowej Woli? I dopiero teraz przyjechałem?” Kobieta odpowiedziała: „No to w takim razie wszystko w porządku, nie ma problemu” (śmiech). Niech się pan tylko podpisze, że nocował w Żelazowej Woli!” Podpisałem i zapłaciłem 5 złotych, tych z dawnych lat. Kobieta zgodziła się, zamknęła książki i nie było żadnego problemu. Wtedy poznałem, jak działa Państwo Polskie…

Wróćmy jeszcze do historii rodzinnej. Czy spotkał Pan po wojnie swoją mamę?

Tak, spotkałem. Mama z kołchozu wyjechała do Afryki, ale nie wiem dokładnie, w którym była obozie, bo było ich tam kilka. Ojczym w czasie wojny był w lotnictwie i po wojnie przyjechał do Anglii. Mama też tu dotarła i dołączyła do obozu przeznaczonego dla osób, które miały kogoś z rodziny w lotnictwie.

Jak Pan się dowiedział, że mama jest już w Wielkiej Brytanii?

Byłem wówczas w Blackburn College i dostałem wiadomość, że matka jest w obozie przejściowym w Cirencester koło Gloucester. Pojechałem do tej miejscowości, obóz znajdował się w odległości około 5 mil od stacji kolejowej. Jechałem tam ja i dwóch Anglików, pociąg zatrzymał się i pytałem, kiedy będzie dostępny transport do miejsca, gdzie są obozy. Usłyszałem: „Rano”. Anglicy powiedzieli: „Pójdziemy piechotą!” i poszliśmy we trójkę, koło północy dotarliśmy do obozu.

Czy to były tylko odwiedziny?

Tak, pytałem mamę, gdzie pojedzie, bo w obozie rozdzielano do różnych miejsc. Ona dostała się do Melton Mowbray w hrabstwie Leicestershire, gdzie mieszkało wielu Polaków. Po demobilizacji do obozu przyjechał również ojczym. Byli we trójkę mama, ojczym i przyrodni brat. Mam zmarła w Anglii w Leicester na zakaźną chorobę. Otrzymałem telefon i pojechałem do szpitala w Leicester, ale była odizolowana, nie mogłem wejść, aby się z nią pożegnać. Mój brat przyrodni też już nie żyje. Mieszkał w Nottingham.

Ma Pan dzieci?

Mam syna, poszedł w moje ślady. Dawniej, kiedy zakup telewizora był bardzo drogi, zrobiłem sobie telewizor w domu, nie miałem tyle pieniędzy, by zakupić nowy. Syn cały czas towarzyszył mi, rozmawialiśmy o konstrukcji telewizorów i o matematyce, on lubił matematykę. Obecnie syn mieszka w okolicach Watford. Poślubił Irlandkę i mają trójkę dzieci. Ukończył uniwersytet w Cambridge. Był głównym inżynierem jednej firmy „Hash Hash”. Kiedyś dobrze mówił po polsku, ale kiedy poszedł na studia z kolegami rozmawiał tylko po angielsku, ożenił się z Irlandką, więc to też nie sprzyjało zachowaniu języka polskiego. Syn dużo pamięta i rozumie po polsku. Kiedy razem z żoną mnie odwiedzają w Penrhos i idziemy do kościoła, mój syn pamięta jeszcze wszystkie pieśni po polsku. Synowa jest katoliczką.

A Pana żona?

Zmarła w 2017 roku. W Penrhos zamieszkaliśmy w 2006 roku. Ona chciała tu zamieszkać, miała chorobę Alzheimera. Patrząc z perspektywy czasu, wówczas nie było tyle wiedzy o tej chorobie, co teraz. Towarzyszyłem żonie cały czas i byłem z nią kiedy umierała. Byliśmy 55 lat małżeństwem. Żona pochowana jest w Penrhos. Głównym powodem, że tu przyjechaliśmy było, żeby miała dobrą opiekę. Może to lepiej, że ona umarła pierwsza, bo co sama by zrobiła przy takiej chorobie, mnie tylko pamiętała… Jeżeli chodzi o mnie, zrobiłbym wszystko, żeby była ze mną, albo abym ja umarł, a ona została, ale może tak jest lepiej, bo opiekowałam się do końca…

Nie wiem, dlaczego ja żyję, było tyle sytuacji, kiedy powinienem umrzeć, I do not know, no idea… no idea.. Dużo rzeczy nie pamiętam, dlatego że było tak źle, że wyparłem z pamięci… Np. jak się dostałem do szkoły, niektóre rzeczy pamiętam jako „obrazek”, a wiele rzeczy wyparłem i nie pamiętam. Pamiętam Palestynę, byłem wtedy starszy, dziwię się, jak ludzie pamiętają różne szczegóły. Ja nic nie pamiętam, co mówiliśmy, ale pamiętam jak w posiołku w Rosji dostawaliśmy zupę. Wszedłem do jadalni, było gorąco i para, ludzie szli po zupę i bili się, ja to „widzę”, parę, ludzi stojących, ubranych, ale nie mam pojęcia, co oni mówili… Pamiętam, jak trzeba było zarabiać, w Rosji mieliśmy sklepik i tam sprzedawali wódkę, a za wódkę można było „Stalina kupić”! Kiedy przywieziono wódkę, wszyscy mężczyźni otoczyli to miejsce, ja żeby się dostać na początek kolejki, właziłem pomiędzy nogami mężczyzn i szedłem, aż doszedłem do kiosku, i wtedy dostawałem. Wódka była potrzebna, można ją było sprzedać za worek ziemniaków, a worek ziemniaków wtedy, to parę tygodni życia…

W 5 klasie, kiedy byłem w polskiej szkole, przypominam sobie podręcznik (bardzo lubiłem czytać książki), cały wolny czas, jaki miałem, spędzałem na czytaniu książek. Pamiętam do dziś obrazek z tego podręcznika zatytułowany: „Fabryki Włókiennicze w Anglii, w Manchester.” Czy mogłem wtedy pomyśleć, że będę mieszkał w Manchester (śmiech)?

Czy wrócił Pan kiedyś do swojej rodzinnej osady?

Ja nie, ale pojechał tam kiedyś mój kolega, z którym się bawiłem jako dziecko. Pojechali we dwóch, on i jego brat. Nie ma tam nic. Pokazał mi zdjęcia, rośnie łan zboża, kiedyś mieliśmy mleczarnię, kolega tylko „sądzi”, gdzie stał jego dom, ale nic nie ma, absolutnie nic… zaorane. Z jednej strony to można powiedzieć, że dobrze, że Rosjanie nas wywieźli, bo gdyby nas nie wywieźli to albo wymordowaliby nas Niemcy albo Białorusini. Białorusini nie byli tacy jak Ukraińcy, ale jestem pewien, że było wtedy za dużo problemów pomiędzy Polakami a Białorusinami. Jak pomyśleć teraz, to może to, że zostaliśmy wywiezieni, uratowało nas. Tam była partyzantka. W Turcu Niemcy wymordowali wszystkich Żydów i miasto zostało spalone. Gdyby przyszli do nas, to co z nami by zrobili? To było „szczęście w nieszczęściu!” Czas zaciera wspomnienia…

Dziękuję za rozmowę.

siostra Halina Pierożak, Misjonarka Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej, 09.10.2020r.

Pan Ignacy Krajewski wyraził zgodę na publikację ww. wywiadu.